East Glacier - Chief Mountain Tralhead 4820/4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

East Glacier to niewielka i bardzo turystyczna miejscowość, ze sporą ilością moteli, hoteli i bardzo ekskluzywnym lodge-em. Na szczęście na tyłach meksykańskiej restauracji znajdował się niewielki hostel gdzie za 20 dolarów mogłem przespać się na piętrowym łóżku  i  wziąć gorący prysznic. Powrót na szlak zaplanowałem na dzień 24 sierpnia jak zwykle w godzinach mocno porannych.  W głowie miałem już ułożony plan na spędzenie około 4 nocy na terenie Glacier NP. Plan ten wynikał z konieczności rezerwacji miejsc campingowych z którą wiązała się także opłata 7 dolarów za każdą noc. W kanadyjskim miasteczku Waterton miałem więc znaleźć się za około 5 dni :)

 

Po dotarciu do granicy Parku Glacier rozpocząłem wspinaczkę na przełęcz po przekroczeniu której czekało mnie ostre zejście w kierunku przepięknej doliny o nazwie Two Medicine . Tam znajdowała się budka Rangera u którego miałem dokonać rezerwacji miejsc noclegowych. Początek poszedł gładko jednak kiedy Pani zapytała o moje miejsce docelowe jak grom trafiła mnie informacja, że niestety w chwili obecnej przekroczenie „zielonej” granicy z Kanadą w rejonie Waterton jest niemożliwe ze względu na silny wiatr i pożar szalejący w pobliżu. W jednym momencie marzenie o ukończeniu szlaku przy pięknym jeziorze Waterton odeszło w niepamięć…jednak czy miejsce ukończenia szlaku jest aż tak ważne…już dawno doszedłem do wniosku, że szlaki długodystansowe to nie wyścig z punktami kontrolnymi tylko wspaniała przygoda w której o wiele bardziej liczą się przebyta droga i pokonane słabości. Dosyć szybko zmieniłem więc strategie noclegową a ukończenie szlaku zaplanowałem na granicy z Kanadą na końcu alternatywnego szlaku i nazwie Chief Mountain Alternate (drogę tę wybierają głównie Amerykanie nieposiadający paszportu).

 

Po uiszczeniu 21 dolarów za 3 noclegi na terenie Parku Glacier, skierowałem się w stronę przepięknej przełęczy o nazwie Pitamakan Pass. Na szczycie spotkałem kilku weekendowych turystów z którymi zamieniłem kilka zdań. Potem czekało mnie zejście stromym zboczem w dół doliny podczas którego napotkałem bardzo ciekawe „owce górskie” zwane Big Horn Sheep. Po zejściu do doliny widoki nie były już tak oszałamiające a szlak często prowadził przez stare pogorzeliska leśne i liczne strumyki nad którymi zazwyczaj przerzucono prowizoryczne mosty. Nocleg spędzam w towarzystwie Bonefisha i Francuza o imieniu szlakowym Zed w miejscu o nazwie Atlantic Creek.

 

Kolejny dzień w Parku Glacier to dosyć mroźny i deszczowy poranek zwieńczony podejściem pod przełęcz o nazwie Triple Divide Pass, miejsce szczególne ze względu na znajdujący  się w pobliżu szczyt Triple Divide Peak. To właśnie w tym wyjątkowym miejscu, wody opadowe kierują się w 3 kierunkach (Ocean Atlantycki, Spokojny i Zatoka Hudson). Widok z samej przełęczy…bajka. Po zejściu z przełęczy widoki znowu pozostawiają niedosyt, tym bardziej że widoczność tego dnia znacznie się pogorszyła ze względu na zalegający dym…Z tego względu ledwo mogłem dostrzec jezioro Mary Lake, którego widok podobno zapiera dech w piersiach…no cóż…trzeba będzie tutaj wrócić J Nocleg spędzam w towarzystwie Zeda na campingu o nazwie Reynolds Creek.

 

Przedostatni dzień na szlaku rozpoczynam bardzo wcześnie rano czyli o zwyczajowej godzinie 6:00. Od rana dosyć mocno pada deszcz a w okolicach przełęczy Gunsight Pass śnieg. W tej niesprzyjającej aurze miałem okazję spotkać pierwszego i zarazem ostatniego na mojej drodze niedźwiedzia grizzly. Był to dosyć młody osobnik który i tak wywołał u mnie szybsze bicie serca i momentalnie skierował moja dłoń w stronę gazu pieprzowego wielkości małej gaśnicy. Niedzwiadek jak zwykle uciekł w popłochu.

 

Po zejściu z przełęczy znalazłem się w dolinie o nazwie Many Glacier gdzie odwiedziłem profilaktycznie budkę Rangera. Miałem nadzieję, że sytuacja w rejonie Waterton uległa zmianie, jednak nic w tej kwestii się nie zmieniło. Po krótkim odpoczynku w lobby hotelowym Motor Inn ruszyłem w stronę alternatywnej drogi prowadzącej do granicy z Kanadą. Najbardziej wymagającym okazało się podejście pod ostatnia przełęcz na mojej drodze o nazwie Redgap Pass z przepięknym widokiem na Glacier Park. Po osiągnięciu przełęczy i zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć rozpocząłem ostre zejście w kierunku mojego miejsca noclegowego w rejonie jeziora Elizabeth Lake. Tam jak się okazało, wszystkie miejsca pod namiot były już zajęte a mi pozostało to najgorsze w odsłoniętym terenie w niewielkiej niecce. Po zjedzeniu kolacji dosyć szybko położyłem się spać nie mogą cię doczekać dnia następnego. Miał to być bowiem mój „summit day”, dzień w którym ukończę szlak Continental Divide Trail, miejsce w którym spędziłem ostatnie 4 miesiące życia.

 

Wszystko rozpoczęło się już w nocy kiedy około północy rozszalała się wichura z porywistym wiadrem i ulewnie padającym deszczem. Nad ranem zorientowałem się, że cała prawa strona namiotu pływa w wodzie…najprawdopodobniej wystąpiła jakaś nieszczelność, która zalała cały mój dobytek znajdujący się w środku namiotu. P.S. Już wiem czemu nikt nie chciał spać w niecce… Przemoczony miałem także śpiwór i karimatę która co się okazało w niewyjaśnionych okolicznościach uległa przebiciu ehhh niech ten pech już się skończy…

 

 

            W ulewnie padającym deszczu zwijam obóz i ruszam na ostatnie 15 kilometrów szlaku. Noc okazała się mroźna stąd marsz rozpocząłem w pełnym rynsztunku czyli w getrach, krótkich spodenkach, i dwóch kurtkach: przeciwdeszczowej i tej ciepłej obie oczywiście od Milo. Deszcze nie przestawał padać co w połączeniu z niską temperaturą całkowicie pozbawiło mnie czucia w dłoniach. Kiedy po 2 godzinach marszu zatrzymałem się na śniadanie, z trudem odkręciłem kurek z gazem…tak zimno na szlaku jeszcze nie było. Po krótkim „popasie” cały zziębnięty i przemoczony do suchej nitki ruszyłem dalej. W pewnym momencie niepewny właściwej drogi jaką podążałem chciałem zerknąć na mapę w telefonie…okazało się, że telefon nie działa i najprawdopodobniej uległ on zalaniu…dramat.

 

            Po kolejnej wędrówce w błocie, deszczu a w końcu śniegu w oddali usłyszałem warkot silnika co oznaczało, że znajduję się bardzo blisko celu. W pewnym momencie  mijam parking dla samochodów a w oddali widzę już budynki kontroli granicznej USA. Mnie jednak bardziej interesował charakterystyczny obelisk, oznaczający granicę USA i Kanady, który dla mnie miał być symbolicznym miejsce końca szlakowych zmagań. W padającym deszczu i mgle nie byłem go w stanie dostrzec. Musiałem posiłkować się pomocą pracownika służby granicznej który wskazał mi charakterystyczny punkt bliżej budynków strony Kanadyjskiej. Przed tą chwilą chwały postanowiłem jednak skorzystać z zaproszenia pracownika granicznego którego końcówka nazwiska na mundurze posiadała znajomą końcówkę – ski. Tam zostałem poczęstowany gorącą herbatą, która  na dobre przywróciła czucie w moich dłoniach. Licząc na lepszą pogodę  w budce granicznej spędziłem około 30 minut jednak aura nie dawała za wygraną. Padał na zmianę deszcz i śnieg…. W końcu decyduję się na triumfalne wyjście i szybkim krokiem kieruję się w stronę niewielkiego monumentu oznaczającego granicę USA i Kanady. Tak więc mokry, zziębnięty, pozbawiony telefonu ale szczęśliwy  po 129 dniach wędrówki dotarłem do celu!!! Emocje jak zwykle trudne do opisania słowami…łez szczęścia nie było bo były strugi deszczu. Nie ukrywam, że troszkę inaczej wyobrażałem sobie ukończenie szlaku CDT. Na granicy chciałem spędzić dobrą godzinę celebrując ten moment jednak nie było mi to dane ze względu na nieznośną pogodę :) Tak więc ostatniego dnia CDT postanowiło dać mi w kość :) Czemu tak? Czyżby szlak łzami deszczu i śniegu nie chciał się ze mną rozstać tak jak ja z nim? Ja przyjmuję tę wersję w ciemno :)

 

Po ekspresowej sesji zdjęciowej i nagraniu krótkiego filmiku skierowałem się w stronę parkingu. Czekał mnie bowiem powrót stopem do East Glacier z którego dnia następnego, pociągiem miałem udać się do Seattle. W tym momencie pech chyba mnie opuścił bo bardzo szybko udało mi się znaleźć transport prosto do miasteczka. Po około godzinie siedziałem już w hostelu gdzie przez cały dzień nie mogłem dogrzać ciała po mroźnym poranku z emocjami w tle.(hostel niestety nie uruchomił ogrzewania pomimo niskiej temperatury na zewnątrz).

 

W hostelu spotkałem innego hikera i imieniu szlakowym Natural, który ukończył szlak około 3 dni temu razem z Jackrabbitem i Downtimem chłopakiem ze Szwecji. Jak się okazało czekaliśmy na ten sam pociąg, który na stację East Glacier przyjechał z prawie 3 godzinnym opóźnieniem…

 

            Tak więc żegnaj CDT, to było wspaniałe 129 dni (dziękuję także w imieniu Maćka i jego 10 dni na szlaku) pełnych wysiłku, walki i nieopisanej przyjemności obcowania z naturą, górami i ludźmi tworzącymi to niesamowite zjawisko jakim jest pokonywanie szlaków długodystansowych.

 

P.S. Ogromne podziękowania kieruje do wszystkich osób które w całkowicie bezinteresowny sposób pomagały mi w logistyce wyprawy, gościły mnie w swoich domach, pomagały mi materialnie a także wpierały mnie duchowo w najtrudniejszych chwilach. JESTEŚCIE PRAWDZIWYMI ANIOŁAMI!!!

 

Za wsparcie i pomoc w realizacji wyprawy dziękujemy także naszym sponsorom.

Aztorin

Milo of Climbing

Brubeck

Mactronic

Cumulus

ALE – energy for life

Olympus Polska

Chiruca

Big Sky International

ADATA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 










_sy_la

2018-10-18 12:20:18

Piękne zdjęcia. Super się czyta. Niesamowita przygoda.