Lincoln - East Glacier 4654 / 4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

Podróż samochodem do miejscowości Lincoln w Montanie zajęła mi niewiele czasu jednak całodniowa wędrówka i łapanie stopa w piekielnym upale całkowicie pozbawiło mnie energii. Po dotarciu na pole namiotowe, szybko rozbiłem moje małe obozowisko i po wypiciu małego ale zimnego piwa błyskawiczne oddałem się w objęcia mojego śpiwora (Cumulus Lite Line 400).

 

 

Kolejnego dnia budzę się wcześnie rano z bólem gardła, jednak nie zważając na to jem śniadanie i pędzę do biblioteki po paczkę. Jak się okazuję mam za dużo jedzenia co w moim przypadku jest sytuacją skrajnie rzadką i niespotykaną. Kolejny etap wędrówki to około 320 km górskiej tułaczki w nieznane które zamierzałem pokonać w około 6 dni. Jedzenia spokojnie miałem na 7-8, konieczna była więc redukcja i pozostawienie części zapasów w miejscowym hiker-box. Nie zmieniło to jednak faktu, że na moich plecach znalazła się rekordowa ilość kilogramów (około 23-25kg).Waga zawiera już ok 3 litrów wody, którą musiałem zabrać ze sobą ze względu na bardzo suchy kolejny odcinek CDT.. Na szlak zamierzałem dostać się dzięki pomocy jednego z Aniołów o imieniu Gary, który oferował bezpłatną podwózkę na przełęcz Rogers Pass. Dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców zadzwoniłem na nr podany na słupie ogłoszeniowym i umówiłem się z nim w samo południe pod biblioteką (jak na dziki zachód przystało :)). Razem z Rogerem przyjechała dwójka innych hikerów, dobrze mi już znana dziewczyna z Francji i chłopak z USA o imieniu szlakowym Bonefish.

 

 

Po dotarciu na przełęcz rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę oddalonego o około 320 km miasteczka East Glacier, tuż przy granicy Parku Narodowego Glacier Park. Przez kolejne dwa dni wędrówki przebywałem bezpośrednio na grani stanowiącej Kontynentalny Dział Wodny, co po raz kolejny wiązało się z ograniczonym dostępem do wody. Ciekawym urozmaiceniem była wizyta w całkiem sporym schronie o owalnym kształcie gdzie razem z dziewczyną a Francji wypiliśmy po symbolicznej herbacie. Pierwszego dnia tuż przed planowanym noclegiem poczułem nagle osłabienie organizmu, które uznałem za normalny objaw kilkumiesięcznej wędrówki. Dzień kolejny przyniósł jednak pogorszenie mojego stanu zdrowia spotęgowanego gorączką i bólem mięśni. Wraz z rosnącą temperaturą opuszczały siły opuszczały mnie coraz szybciej a piekielnie ciężki plecak ciążył coraz bardziej. Na szczęście od pewnego momentu skończyły się problemy z wodą, której teraz miałem pod dostatkiem. Po drodze spotkałem także dwa niedźwiedzie , które jednak szybko zeszły mi z drogi (chyba czuły, że ten posiłek może im się nieprzyjemnie odbić :)). W pewnym momencie nie mając już siły do dalszej wędrówki postanowiłem przejść około 5 km i rozbić się o bardzo wczesnej jak na mnie godzinie 18:00. Wtedy też rozpocząłem kuracje antybiotykową, która miałem nadzieje pomoże mi w chorobie. Obiektywnie stwierdziłem, że  był to najgorszy moment na chorobę jaki mogłem sobie wybrać. Pomiędzy miasteczkiem Lincoln a East Glacier  nie istniała bowiem żadna asfaltowa droga, która mogła zaprowadzić do jakiegoś cywilizowanego przybytku…Czekało mnie więc około 5 dni ciężkiego trekkingu w chorobie, gdzie zdany byłem tylko na siebie. Koleżanka z Francji na wieść o mojej chorobie szybko oddaliła się w kierunku północy a kolega Bonefish reprezentował tempo całkowicie rekreacyjne na które ze względu na mój stan i ilość jedzenia nie mogłem sobie pozwolić.

 

 

Kolejnego dnia wędrówkę rozpocząłem ok godziny 9:00, czyli o jakieś 3 godziny później niż zwykle. Byłem wyczerpany jednak wiedziałem, że muszę utrzymać jakiekolwiek tempo jeżeli cały i zdrowy chce dotrzeć do  mojego miejsca przeznaczenia. Jem niewiele, jednak wmuszam w siebie niezbędną ilość jedzenia i wody. Upał na szczęście ustąpił, głównie za sprawą bardzo gęstego dymu z okolicznego pożaru, który przysłonił słońce. Wędrówkę kończę około 20:00 z całkiem dobrym wynikiem ok 40 km, jakie udało mi się pokonać tego dnia. Niepokojącym okazał się jednak postępujący ból brzucha.

 

 

18 sierpnia o godzinie 8:00 jestem już na nogach i wędruje w stronę jednej z najciekawszych atrakcji na szlaku CDT jaką jest tzw. Mur Chiński znajdujący się na terenie Bob Marshall Wilderness. Pierwszy fragment muru wyłonił się zza dymu i drzew robiąc na mnie ogromne wrażenie. To tak jakby zza mgły wyłoniła się ściana nowojorskich wieżowców tworząca jednolitą ścianę oddaloną o niecały kilometr. Przez kolejne kilka kilometrów wędrowałem wzdłuż muru, który za każdym zakrętem zaskakiwał mnie swoim ogromem i pięknem. W pewnym momencie szlak odbijał  w prawo zostawiając mur za plecami wędrowca. Nocleg spędziłem przy niewielkim jeziorze w towarzystwie kręcącego się dookoła jelonka. Ze zdrowiem nieco lepiej jednak noc okazała się nieprzespaną ze względu na dolegliwości żołądkowe…

 

 

Kolejny dzień „walki” na szlaku to wybór alternatywnej drogi o nazwie Spotted Bear, którą polecił mi napotkany na mojej drodze pracownik lasów Państwowych. Widząc mój stan powiedział, że ta droga powinna skrócić moją podróż o jakieś pół dnia. Dla mnie było to idealne rozwiązanie jednak sama wędrówka okazała się całkiem wymagającym odcinkiem z bardzo długim podejściem pod przełęcz o nazwie Switchback Pass. Podczas podejścia złapała mnie burza a dolegliwość żołądkowa okazał się niczym innym jak grypą jelitową…Po licznych postojach osiągnąłem przełęcz z której rozpościerał się przepiękny widok na okoliczny szczyty i skalistą grań. Po zejściu do doliny postanowiłem rozbić obóz około 15 km przed dołączeniem do oficjalnego szlaku CDT.

 

 

Dzień kolejny to kontynuacja problemów żołądkowych i deszczowej aury. Szlak na szczęście nie był tak wymagający, znikoma ilość podejść, wędrówka głównie dolinami. Po południu rozpadało się na dobre  a kolejną noc spędziłem o pustym żołądku. Obok mojego namiotu prawdopodobnie spało jakieś zwierzę, jakiś jeleń lub inny rogacz, którego oddech słyszałem przez całą noc. Jednak brak sił i rosnąca obojętność nie dały mi nawet szans na sprawdzenie z kim przyszło mi sąsiadować tej nocy. Biegunka do samego końca nie dawała mi spokoju a nieco lepiej sytuacja miała się w momencie kiedy dotarłem do przełęczy Marias Pass. Tam noc spędziłem na campingu, odpoczywając przed ostatnimi 25 km jakie dzieliły mnie od miasteczka East Glacier. W końcu zaliczam spokojną i przespaną noc a rano ruszam w stronę miasteczka. Szlak okazał się bardzo mocno zarośnięty, przypominając wędrówkę w amazońskiej dżungli czy innym tropikalnym lesie. W międzyczasie zaliczam dosyć dotkliwą pomyłkę która kosztowała mnie około trzy dodatkowe kilometry pod górę i w dół. Jednak było warto bo po raz pierwszy z bliska mogłem przyjrzeć się przepięknym górą Parku Narodowego Glacier NP. Około godziny 15:00, po przejściu przez środek pola golfowego znalazłem się w pobliżu linii kolejowej i stacji o nazwie East Glacier. W końcu po 7 dniach, męczarni i walki z problemami zdrowotnymi dotarłem do bram Glacier National Park.

 

 

Dosyć szybko ulokowałem się z zaprzyjaźnionym hostelu na tyłach meksykańskiej restauracji, wziąłem prysznic i zrobiłem pranie. Potem napełniłem żołądek niezdrową pizzą i 2 litrami coli. Miałem nadzieję, że ta terapia szokowa złożona z tłuszczu i cukru przepędzi z mojego organizmu trawiącego mnie wirusa. Potem odbyłem oczekiwaną wizyt  w toalecie i zasnąłem jak kamień. Dzień kolejny przeznaczyłem na regenerację, odebranie paczki z jedzeniem i przygotowanie do ostatniego etapu mojej wędrówki jaką było przejście przepięknego Glacier National Park.