Chief Joseph Pass - Lincoln 4345 / 4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

 

 

Po dotarciu do niepozornej przełęczy Chief Joseph Pass, próbuję łapać stopa ale niestety bez powodzenia. Czekała mnie więc bonusowa wycieczka ok 1 mili  na przełęcz Lost Trail Pass, gdzie znajdowała się droga nr 93, bezpośrednio prowadząca do miasteczka Darby. Tam po około 15 minutach łapie stopa na przedmieścia Darby gdzie po niespełna 1 minucie  oczekiwania  wsiadam do kolejnego samochodu prowadzonego przez Kurta, który kierował się w stronę centrum. Po około 10 minutach znaleźliśmy się w samym sercu Darby, które okazało się niezwykle urokliwym miasteczkiem żywcem wyjętym z amerykańskiego westernu. Ta niewielka mieścina miała jednak to wszystko czego polski hiker potrzebuje najbardziej czyli: poczta, supermarket „wszystko za dolara” biblioteka no i wisienka na torcie – otwarty dom Anioła Szlakowego o imieniu Curtis u którego planowałem spędzić noc. Topografie miasteczka przyswoiłem w ekspresowym tempie dzięki „objazdówce” jaką zafundował mi Kurt. Dzięki jego pomocy odwiedziłem także pocztę na której czekała na mnie paczka, nadesłana przez kolejnego z moich szlakowych Aniołów („Orka” dziękuję bardzo za pomoc). Potem razem z Kurtem wybraliśmy się do nieco większego miasteczka o nazwie Hamilton,  gdzie mogłem zakupić nowego „Kamel Baka”. Stary bowiem przez moją nieuwagę zarastał już pleśnią, która mogła być przyczyna mojego złego samopoczucia w ostatnich dniach…(to znaczy taką mam nadzieję że to nic poważniejszego …J). Po powrocie do Darby odwiedziłem jeszcze dom Kurta, który został zbudowany przez niego własnoręcznie. Posiadłość Kurta to ogromny teren z własnych dostępem do strumienia, stadniną koni, stodołą i innymi elementami wymarzonej sielanki życia na dzikim zachodzie. Po prysznicu i krótkiej rozmowie z żoną Kurta, udałem się do centrum gdzie miałem spotkać się ze szlakowym Aniołem, Curtisem.

 

 

Okazał się on niesamowicie miłym i sympatycznym człowiekiem, który częściej gości podróżników poruszających się na rowerach niż tych którzy pokonują kilometry o własnych nogach. Nie zmieniło to jednak niczego w jego postępowaniu a na wieczorny obiad, Curtis zafundował mi przepyszne meksykańskie Taco. Noc spędziłem we własnym pokoju z ogromnym łóżkiem, warunki  do wypoczynku miałem więc wyborne. Dzień następny przeznaczyłem na odpoczynek i uporządkowanie nieco mojego sprzętu. Część sprzętu  postanowiłem odesłać do Nowego Jorku, gdzie dzięki uprzejmości mojego kolegi Marcina mogłem przetrzymać rzeczy mi na szlaku niepotrzebne w danym momencie. Pozwoliło mi to na odciążenie plecaka o około 1 kilogram. W paczce znalazł się między innymi liner czy nieużywane już od dawna raczki. Zaliczyłem także krótką wizytę w bibliotece  gdzie mogłem zdać Wam relację z ostatnich wydarzeń na szlaku CDT . Wieczorem dom Curtisa odwiedziła dwójka rowerzystów z którymi wspólnie zjedliśmy wieczorne spaghetti. Chłopaki pokonywali właśnie szlak rowerowy o nazwie Trans America a na nocleg u Curtisa trafili za pośrednictwem bardzo przydatnej i sprytnej aplikacji dla rowerzystów pokonujących długie dystanse (szkoda że my hikerzy takiej nie mamy…:(). Fajnie było wymienić doświadczenia z rowerzystami, którzy na informację o konieczności nabierania wody z kałuży czy śmierdzącego zbiornika wykrzywili się kwaśno z miną politowania. Jak się okazuję jazda na rowerze to zupełnie inna „para kaloszy”. Wieczór upłynął szybko i  przyjemnie a kolejny dzień zapowiadał już rychły powrót na szlaki rowerowe i piesze.

Około 8 rano jem śniadanie i ruszam wzdłuż miasteczka szukać szczęścia w powrocie na szlak. Po około 1,5 godzinie stania i machania ręką z wciągniętym kciukiem udaje mi się „na dwa razy” dotrzec na przełęcz Chief Joseph Pass. Tam rozpoczynam kolejny etap wędrówki tym razem na północny-wschód.

 

 

Początkowo zmagam się z plątaniną dróg i szlaków, które na szczęście jak na standardy CDT są bardzo dobrze oznaczone. Nieco gorzej sytuacja wygląda wyżej, gdzie pod wpływem huraganowego wiatru  i pożarów, powalone i zniszczone drzewa nie dają możliwości umieszczenia na nich stosownych oznaczeń. Po opuszczeniu strefy powalonych drzew wchodzę w  przepiękne dolinki z malowniczymi jeziorami i coraz wyższymi górami. W końcu osiągam strome i kamieniste przełęcze, które prowadzą mnie w tereny alpejskie gór skalistych. Nie  sposób było nie zatrzymać się przy jeziorze Warren Lake, które na dłużą chwile przykuło moją uwagę. Nad jeziorem górował przepiękny szczyt, odbijający się w lustrze jeziora …prawdziwa poezja i słodycz widoków, które nagle zostały niespodziewanie  przerwane uczuciem zimna i wilgoci…Okazało się bowiem, że w moim lewym bucie powstała ok 10 cm dziura a stopa zamiast w bucie znalazła się w niewielkiej kałuży…ehh Trochę się zmartwiłem bo te buty miały mi posłużyć jeszcze przez około 400 km….No cóż, czekało mnie więc polowanie na okazję w najbliższym miasteczku. Przy pomocy taśmy i kleju wykonałem szybkie prace naprawcze po czym ruszyłem dalej. Jak się okazało był to zaledwie  początek dnia pełnego niespodzianek.

 

 

Tuż przed wymagającym podejściem pod przełęcz prowadzącą na górę Rainbow Mt. nad moją głową zagrzmiało a z nieba początkowo zaczął padać deszcz a wraz z uzyskiwaną wysokością grad a tuż przed przełęczą śnieg. Czegoś takiego na szlaku  jeszcze nie miałem. Szlak był bowiem pokryty świeżą warstwą mokrego śniegu, który nie sprawiał większych problemów przy podejściu. Inaczej sprawa miała się przy zejściu z przełęczy gdzie musiałem wykazać się sporą ostrożnością i czujnością pokonując kolejne fragmenty stromego zejścia. Na szczęście w okolicach podstawy góry opady ustały a zza chmur wyszło słońce, które wysuszyło zmokniętego hikera z Polski. Zgodnie z mapą i aplikacją teraz czekało mnie łagodne zejście doliną, która miała mnie zaprowadzić do mojego miejsca noclegowego tuż obok płynącego strumyka. Jak się jednak okazało ścieżka wytyczona przez moją aplikację okazała się nieaktualna a szlak CDT nagle odbił w lewo wynosząc mnie znowu w wyższe partie zalesionych gór. Był to całkowicie nowy fragment szlaku, który nie został jeszcze naniesiony na moją mapę. Wędrówka nową ścieżką okazała się bardzo przyjemna jednak zdobywanie kolejnych kilometrów okazało się o wiele wolniejsze niż zakładałem poruszając się starą ścieżką. Do tego doszedł także spory problem z wodą, której już nie miałem…Ostatecznie nadkładając drogi i przedłużając moją wędrówkę do 21:00 znalazłem niewielkie źródełko a noc przyszło mi spędzić na bardzo nierównym gruncie gdzieś pomiędzy powalonymi drzewami. Taki to był dzień pełen niespodzianek.

 

 

Kolejnego dnia  dokończyłem wędrówkę „nowym” szlakiem i znalazłem się w okolicy asfaltowej drogi prowadzącej do miasteczka Anaconda do którego  udaje się spora część hikerów, wybierając jedną z alternatyw. Tzw. Butte Super Cut-Off. Ja po przekroczeniu tej drogi zrobiłem sobie przerwę o nieco wyższym standardzie z kawą i czekoladą. Moje zapasy były już na wyczerpaniu, bowiem lada dzień miałem pojawić się w miasteczku o nazwie  Butte. Tego dnia po raz kolejny przekonałem się co znaczy szlak CDT i problemy związane z nawigacją. Po około 3 godzinach wędrówki drogą dla jeepów, wyschniętym korytem rzeki rozpocząłem ostre podejście na całkiem spory płaskowyż gdzie z trudem odnalazłem niewielkie kopczyki oznaczające kierunek wędrówki. Potem trawers zalesionego zbocza i zejście do doliny które okazało się wędrówką w gęstym lesie gdzie ścieżka była jedynie lekko wydeptaną trawą. Prawdopodobnie niewielu hikerów wybiera właśnie  te drogę, stad tak znikome ślady użytkowania tego szlaku. Noc spędziłem na zboczu góry.

 

 

Kolejnego dnia budzę się około 5:00 i przy świetle czołówki Mactronic Vizo RC zwijam obozowisko. Po dotarciu do pierwszej i jedynej wody na tym odcinku jem śniadanie złożone z kawy i płatków owsianych po czym wędruję dalej w stronę drogi międzystanowej nr 15. Bardzo szybko udaje mi się zatrzymać jeden z samochodów który zawozi mnie na rozwidlenie dróg Butte - Missoula. W  dalszym ciągu jest to autostrada międzystanowa gdzie samochody jadą bardzo szybko i mało kogo interesuje odrapany hiker stojący na poboczu. Ostatecznie decyduję się na przejście ok 2 mil do pobliskiej stacji gdzie mogłem przedzwonić do Aniołów Szlakowych zamieszkujących w Butte. Jak się okazało był to mój szczęśliwy dzień. Sussane i jej córka Cierra dosyć szybko pojawiły się na wspomnianej stacji benzynowej i zabrały mnie do  domu. Tam mogłem wziąć prysznic, zrobić pranie i zakupy na kolejny odcinek szlaku. Na kolację Mark (ojciec rodziny) zafundował nam pizzę z jego własnej pizzerii :) Dzięki pomocy Marka i Sussane mogłem także spędzić noc we własnym pokoju. Tego  dnia udało mi się także kupić buty w jednym z amerykańskich „ciucholandów”. Za 10 dolarów kupiłem tradycyjne adidasy, które miały mnie zaprowadzić aż do samej Kanady :)

Dnia następnego, Mark podrzuca mnie na szlak, który początkowo  wiedzie szeroką drogą dla jeepów pomiędzy prywatnymi posiadłościami rancherów. Potem wejście na typowo szlak pieszy, położony w kamienistym i zalesionym terenie. Przez kolejne dwa dni wędrowałem szlakiem dokoła miasteczka Butte, które z góry wyglądało całkiem okazale. Szczególne wrażenie robiły ogromne połacie kopalni miedzi widziane ze sporej wysokości. Nad miasteczkiem góruje wątpliwej urody posąg Matki Boskiej, którą miałem okazje obserwować z całkiem bliskiej odległości. Kilka razy przekraczałem jeszcze autostrady i inne drogi prowadzące do miasteczka. Kiedy po raz ostatni minąłem autostradę nr 90, spotkałem szwajcarskiego hikera podążającego na południe. Przekazał mi on całkiem istotną informację o bardzo suchym odcinku do którego właśnie się zbliżałem. Przez około 21 mil na szlaku miało nie być wody i tak w rzeczywistości było. Szlak wiódł samym Działem Wodnym co zazwyczaj wiązało się z brakiem wody i przepięknymi widokami. Doładowałem plecak wodą do oporu i tak po prawie 5 dniach wędrówki dotarłem do przełęczy MacDonald. Stamtąd stopem udałem się do kolejnego sporego miasta o nazwie Helena, gdzie planowałem spędzić dzień zerowy.

 

 

Do miasteczka podwozi mnie bardzo przyjemna para, która wracała właśnie z weekendowego wypoczynku w miasteczku Anaconda. Po dotarciu do miasta zaproponowali mi że porzucą mnie do sklepów na których mi szczególnie zależało. Po zakupach, podjęli próbę znalezienia dla mnie  lokum na zbliżającą się noc, niestety bez sukcesu. Ja wyczerpany po ostatnim odcinku szlakowej tułaczki  postanowiłem najpierw dobrze zjeść a potem poszukać jakiegoś miejsca noclegowego. Po wchłonięciu całego kurczaka, bagietki i wypiciu coli w około 30 minut udało mi się w czeluściach mediów społecznościowych odnaleźć Amy, która zaproponowała mi możliwość przespania się w przyczepie razem z innym hikerem który już u niej gościł od kilku dni. Po około  15 minutach Amy przyjechała po mnie na jeden z parkingów i moja obawa o nocleg gdzieć w pobliskim parku czy innych krzakach odeszła już w niepamięć. Wspomnianym hikerem okazał się Dan o imieniu szlakowym Jackrabbit, którego na szlaku spotykałem kilkukrotnie. Przed dotarciem do domu, Amy zabrała nas do lokalnego browaru o nazwie Lewis and Clark, gdzie mogliśmy skosztować lokalnych wyrobów piwowarskich :) Do domu zabraliśmy ze sobą około 10 litrów złocistego napoju, który jak  oznajmiła Amy jest tylko dla nas…

 

 

Po dotarciu do domu i rozlokowaniu się w przyczepie zjedliśmy bardzo obfity obiad po którym przez kolejne 3 godziny leżałem bezruchu (przypominam że wcześniej zjadłem całego kurczaka a obiadu odmówić nie wypadało). Na dzień kolejny zaplanowałem błogie lenistwo a także zakup nowych butów…niestety te zakupione w Butte okazały się za małe… a konkretnie tylko prawy but okazał się za mały…ehhh stopy człowieka który przewędrował ok 4 tys. to materiał którym powinni zająć się naukowcy :) O poranku Amy zabrała mnie do sklepów gdzie ostatecznie zdecydowałem się na zakup obuwia w zawrotnej jak dla mnie cenie 60 dolarów…Ehh szkoda że w USA tak ciężko jest dostać buty Chiruca…

 

 

Z pełnym plecakiem i nowymi butami, dnia kolejnego nad ranem Amy podwiozła mnie na przełęcz MacDonald Pass, gdzie  po raz ostatni  opuściłem szlak. Po około 3 godzinach wędrówki natrafiłem na mapkę z informacją o zamkniętym szlaku CDT na której nie mogłem znaleźć żadnej daty stąd pomyślałem, że jest to jakaś stara informacja. Jednak po kolejnej godzinie marszu natrafiłem na taka samą informację, która potwierdził mijany przeze mnie cowboy. Okazało się, że na szlaku wybuchł pożar i szlak CDT na pewnym odcinku  został zamknięty. Niekiedy władze lasów państwowych wyznaczają stosowne obejścia zamkniętego fragmentu szlaku, jednak w tym przypadku ogień uniemożliwił takie rozwiązanie. Byłem więc zmuszony do zejścia ze szlaku. Plątaniną dróg powędrowałem w dół do mikro mieściny Silver City, skąd udało mi się „na dwa razy” złapać stopa do najbliższego miasteczka o nazwie  Lincoln, znajdującego się już za strefą pożarową. Tam spędziłem wieczór na miejskim campingu za „symboliczne” 5 dolarów :).

 

 

O pobycie w miasteczku Lincoln i o tym co spotkało mnie na kolejnym odcinku szlaku w kolejnej relacji…może już z Kanady :)

 

BONUS RELACJA AUDIO!!!