Dubois - Chief Joseph Pass 3819 / 4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

Ufff za mną całkiem spory odcinek szlaku, który uchodzi za jeden z najbardziej dziki i zapomniany przez takie zdobycze cywilizacji jak biblioteka czy tani sklep spożywczy. Ale zacznijmy od tego, co działo się Dubois jeszcze w stanie Wyoming.

 

Miasteczko okazali się idealnym miejscem na wypoczynek i tam też spędziłem swój dzień zerowy, który obfitował w załatwianie wielu spraw. Rezerwacja noclegu na tereny Yellowstone, zakup preparatu na komary, pranie i leczenie mocnych poparzeń ramion dostarczyło mi rozrywki na cały dzień który głównie spędziłem w sali kościoła goszczącego rowerzystów i hikerów.

 

15 lipca nad ranem zjadłem śniadanie złożone z “chleba gąbki”, czyli popularnego white bread, który dostałem w prezencie od sprzedawczyni w sklepie (był już 3 dni po dacie ważności). Do tego szyneczka, ser i można ruszać na szlak. Stopa złapałem bardzo szybko jeszcze w granicach miasteczka. Szlak od samego początku okazał się zarośnięty trawa i drzewami potem jednak wszedłem na drogę która zaprowadziła mnie nad bajeczne jezioro. Potem już ostro do góry i wracam w wyższe partie, które na szczęście okazały się chłodniejsze niż upal panujący w dolinie.

 

 

Kolejny dzień okazał się dosyć pechowy ze względu na zgubienie drogi w okolicy moczarów zwanych Oceanami. Niestety przeoczyłem właściwa ścieżkę i ostatecznie wylądowałem po “drugiej stronie Oceanu” dokładając tego dnia niepotrzebne 4 kilometry. Potem nie było wcale lepiej. Zaraz po przekroczeniu granicy Parku Narodowego Yellowstone złapała mnie burza a do tego miałem spore trudności ze zlokalizowaniem mojego miejsca campingowego. Na terenie Yellowstone można bowiem nocować jedynie w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach. Do tego ta usługa jest płatna… Ostatecznie powędrowałem dalej szlakiem rozbijając namiot zaraz za granica Parku. Kolejny dzień to wędrówka Parkiem Yellowstone w którym początkowo trudno było dostrzec cos szczególnego i niezwykłego. W pewnym momencie zauważyłem jednak kłęby dymu unoszące się nad ziemią. Był to pierwszy gejzer, jaki napotkałem na swojej drodze w PN Yellowstone. Niestety nie trafiłem na erupcję… Atrakcje jednak tego dnia zapewniły mi komary które atakowały ze zdwojona siła. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem… Komary były wszędzie a każdy postój lub wolniejszy marsz powodowały ugryzienie kilkunastu nienośnych kompanów wędrówki. Nie pomagał nawet szkodliwy jak cholera DEET, który zakupiłem w Dubois. Kiedy po ok. 55 km marszu dotarłem do mojego campingu oznaczonego nr 8m2, z prędkością światła rozbiłem namiot i wsunąłem się do niego w kurce i butach. Tego wieczora już nie wychodziłem, dobijając przez kolejna godzinę komary które zdołały dostać się do środka namiotu. Kolejny dzień to atrakcje od samego rana podyktowane mocnym tempem i gejzerami. Nad ranem we mgle mijam pierwsze większe skupisko gejzerów na mojej drodze w rejonie jeziora Shoshone, a potem już prawdziwa bomba pod postacią wizyty w Old Faitful Village. To najbardziej popularne miejsce, przyciąga tłumy turystów z którymi miałem wątpliwa przyjemności się zderzyć. Jak najszybciej zrobiłem rundkę wokół gejzerów i skierowałem się w stronę jeziora Summit Lake, gdzie miałem zarezerwowany kolejny nocleg. Tyle, że nie planowałem spędzić tam nadchodzącej nocy. Postanowiłem pognać dalej żeby przekroczyć granice stanów Wyoming i Idaho i kolejno granice Parku. Wszystko się udało jednak po raz kolejny do mojego miejsca noclegowego dotarłem z zerowym stanem wody. Na szczęście ok. 200 ml uratowała mnie jedna hikerka, pokonująca w odcinkach szlak CDT od ostatnich kilkunastu lat.

 

Kolejny dzień to bardzo sucha i monotonna wędrówka w stronę drogi która zaprowadziła mnie stopem do szalenie turystycznego i drogiego miasteczka o nazwie West Yellowstone. Tam zrobiłem zakupy (chyba bardziej opłacało się wysłać paczkę) i spędziłem bardzo miłe “nearo”, czyli taka połowę dnia zerowego. Nocleg nie sprawił mi dużego problemu, pod osłoną nocy udałem się bowiem do przytulnego lasku oddalonego o ok. 500 m od samego centrum. Miejsce bezpieczne i sprawdzone, polecone przez innego hikera. Powrót na szlak okazał się prawie 2-godzinnym oczekiwaniem na łaskawego kierowcę, który podrzucił mnie na przełęcz Targhee Pass, skąd szlak zaprowadził mnie na przepiękną grań którą wędrowałem do 21:00.


Zanim znowu znalazłem się w wyższych pasmach górskich, najpierw musiałem pokonać spore połacie pastwisk. Potem było już dużo lepiej. Piękne widoki i więcej wody, która w tych rejonach okazuje się być rzeczą nie tak oczywistą.

 

23 lipca po ok. 40 km marszu docieram do autostrady międzystanowej, która zaprowadziła mnie do niewielkiego miasteczka a właściwie zapadłej wioski, jakim była Lima. Noc spędzam na bardzo przyjaznym campingu. Kolejnego dnia z rana maszeruje na pocztę w celu odebrania paczki z jedzeniem. Co się okazuje, trzy dni temu, znany z tego typu akcji postmaster (kierownik  poczty) odesłał ją do Nowego Jorku… tak tez pozostałem bez jedzenia na kolejny etap wędrówki w miasteczku gdzie łatwiej kupić bron niż przyzwoite jedzenie na szlak. Na szczęście dzień wcześniej poznałem Boba, który zaoferował mi podwózkę do miasteczka oddalonego o ok. 40 mil od Limy gdzie spokojnie powinienem zrobić dobre zakupy. Tak też zrobiłem i pełen wdzięczności dla Boba o 17:00 znalazłem się już na szlaku.

 

Kolejny etap to wędrówka w stronę kolejnej niewielkiej mieściny o nazwie Leadore. Początek to już klasycznie wędrówka drogą w kierunku grani i samego grzbietu Continental Divide, którym wędrowałem przez cały kolejny dzień. Plusem wędrówki granią niezaprzeczalnie są widoki jednak minusem brak wody…i tak to wygląda zazwyczaj.

 

Dzień przed dotarciem na przełęcz skąd mogłem udać się do wspomnianego miasteczka zaliczam mocne podejście pod górę Elk Mountain a także spotykam starego znajomego z etapu w Nowym Meksyku o imieniu szlakowym Lost Larry. Z nim też kolejnego dnia łapiemy dosyć szybko stopa na drodze dla jeepów. W Leadore odbieram paczki i po krótkim odpoczynku wracam na szlak. Tego dnia pokonałem ok. 25 km żeby ok. 21 rozbić się nieopodal jednego ze strumyków. Przez kolejne 3,5 dnia w dosyć mocnym tempie wędruje w stronę Chief Joseph Pass. Całkiem wymagającym okazał się odcinek pomiędzy Lehmi Pass i Goldstone Pass, całkowicie pozbawiony wody. Do jedynego źródła dotarłem znowu bardzo późno ok. 21:30 nocując z dwójką bardzo sympatycznych hikerów zmierzającymi w odwrotnym kierunku niż ja. Kolejnego dnia to wędrówka powyżej linii drzew w przepięknej krainie wysokich ścian i jezior. Noc spędzam gdzieś w jednej z takich dolinek. Dwa ostatnie dni to mocne podejścia i zejścia które nie zawsze mają swoje praktyczne uzasadnienie. Spokojnie szlak można by było poprowadzić trawersując pokonywane szczyty jednak pomysłodawca szlaku miał zupełnie inna koncepcję. Ostatecznie 1 sierpnia ok. 10:00 docieram na przełęcz i lapie stopa do miasteczka Darby skąd serdecznie pozdrawiam. Tutaj zatrzymałem się u jednego z Aniołów Szlakowych, który dał mi swój własny pokój :).

Darby to bardzo przyjemne, miejsce z niezwykłymi ludźmi których tutaj spotkałem. Curtis u którego goszczę nie jest bowiem jedynym Aniołem którego spotkałem na swojej drodze w tym miasteczku. O tym jednak postaram się już opowiedzieć w kolejnej relacji.

 

Do końca szlaku pozostało ok. 1000 km…