Rabbit Ears Pass - Dubois 3061 / 4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

Steamboat Springs do którego dotarłem to takie nasze polskie Zakopane gdzie znajdziemy nawet skocznie narciarską a także wile różnego rodzaju knajpek i sklepików. Niestety ceny też rodem z Krupówek…

 

Mi udało zatrzymać się u John’a, który zaoferował mi możliwość przespania się w przyczepie a wszystko za sprawą i pomocą Jr’a którego poznałem kilka dni temu. To właśnie On po wykonaniu jednego telefonu załatwił mi ten nocleg. John okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, który będąc już na emeryturze dorabiał sobie wynajmem pomieszczeń w olbrzymim domu jaki posiadał. Mi dostała się przyczepa w której spędziłem swój dzień zerowy. Nad ranem pomogłem Johnowi w jednej z jego dorywczych prac, jaka było sprzątanie lokalnego kina. Po około 3 godzinach zbierania pustych kubków popcornu I innych śmieci (Amerykanie w kinie śmiecą o wiele bardziej niż Polacy…miałem kiedyś okazje pracować w kinie w Polsce) mogłem już spokojnie odpoczywać w moim domu na kółkach. Praca okazała się także opłacalna ze względu na 6 dolarów, jakie znalazłem pod kinowymi siedzeniami :)

 

 

28 czerwca wróciłem na szlak szybko i sprawnie za sprawa Johna, który zaoferował mi podwózkę. Pierwsze godziny to dosyć monotonna droga wśród drzew i jezior, których na szlaku było całkiem sporo. Dosyć mocno ciążył mi plecak w którym nosiłem jedzenie na kolejne 6-7 dni marszu jakie miało mi zająć dotarcie do kolejnego miasteczka o nazwie Rawlins już w stanie Wyoming. Niepokojącym zdarzeniem było zgubienie jednej z moich butelek do której zwykłem nabierać wody na szlaku. Fakt ten bardzo mnie zabolał ponieważ za 2 dni miałem znów znaleźć się na pustyni gdzie ekstra woda to podstawa...Tak na szlaku takie prozaiczne rzeczy jak pusta butelka potrafi człowieka mocno zaniepokoić i zasmucić :)

 

 

70 dzień na szlaku przypadł na 29 czerwca kiedy to przekroczyłem także granice stanów Kolorado i Wyoming. Tego dnia nocleg miałem zaplanowany jeszcze w Kolorado a to za sprawą prawdopodobnego źródełka wody, które miało znajdować nie niedaleko szlaku. Niestety okazało się, że po źródełku niema śladu (najprawdopodobniej wyschło) a wody przyszło mi szukać już w stanie Wyoming. Tam znalazłem bardzo wątpliwej jakości podmokły teren z którego bylem zmuszony nabrać wody. Ostatecznie dzień zakończyłem niespodziewanie wynikiem 59 km co dla mnie samego było sporym zaskoczeniem. Tej nocy spałem jak zabity.

 

Pierwszy dzień w nowym stanie nie różnił się od tego, co miałem okazje podziwiać w północnym Kolorado. Pogoda jednak mocno się popsuła a na zboczach dopadł mnie gęsto padający grad. Potrwało to może ze 30 minut, po czym na niebie nie było już widać śladu po chmurach a kurtkę przeciwdeszczowa Milo mogłem schować już głęboko do plecaka.

 

Dnia następnego miałem okazje doświadczyć już zupełnie innego Wyoming. Po porannym zdobywaniu kilku niewysokich szczytów którymi wiódł szlak CDT, schodzę głęboko na dno doliny gdzie o wodzie i cieniu mogłem jedynie  pomarzyć. Wodę nabieram ze stojącego oczka wodnego poniżej gruntowanej drogi. Wodę musiałem filtrować, bo niestety nie nadawała się do bezpośredniego spożycia. Temperatura na szczęście nie okazała się zabójcza za sprawa bardzo mocno wiejącego wiatru, który skutecznie chłodził moja głowę i ciało. Tego dnia problem z wodą nie okazał się aż tak wielki jednak na plecach nosiłem ciągle około 3 litrów wody. Noc spędziłem przy Muddy Creek, wody miałem wiec pod dostatkiem.

 

 

Poranek 2 lipca okazał się mroźny a to za sprawą wspomnianego creeka/niewielkiego strumyka płynącego nieopodal. Na ten dzień nabrałem ok. 2 litrów wody mając nadzieję na zaczerpniecie kolejnego zapasu w jednym ze zbiorników oddalonym o około 20 km. Co się okazało woda w zbiorniku była alkaliczna wiec całkowicie niezdatna do bezpośredniego spożycia. W dodatku jej nabranie było niemal niemożliwe. Kolejne źródło także okazało się niezdatne do picia a mi pozostało nic innego jak dotrzeć do miasteczka Rawlins na około 0,3 l wody, mając do pokonania 15 km. W oddali obok zauważyłem samochód w którym siedział typowy cowboy. Bylem niemalże pewny, że będzie miał wodę jednak tym razem nie miałem szczęścia. Około 20:00 dotarłem do Rawlins, gdzie w pierwszym lepszym miejscu, jakim był sklep z bronią poprosiłem o możliwość nabrania wody. Duszkiem wypiłem 2 litry wody i pogawędziłem trochę ze starszą Panią będąca sprzedawczynią w tym sklepie. Potem zacząłem szukać noclegu na tę noc. Ostatecznie przyjął mnie jeden z hikerów śpiący w motelu, szczęście wiec do mnie wróciło. Kolejnego dnia zrobiłem zakupy na następny odcinek szlaku, którym miał być morderczy marsz pustkowiem w stronę South Pass, gdzie zaplanowałem kolejne szlakowe zakupy.

 

 

Na szlak ostatecznie wrodziłem 4 lipca w Święto Narodowe USA a szlakowa rzeczywistość okazała się powrotem do tej pustynnej znanej z Nowego Meksyku. Wody niewiele, ubita droga dla jeepów, poszukiwanie szlaku itp. Wędrówka pustynią zajęła mi 4 dni, a tempo wędrówki rosło z dnia na dzień. Koniec końców wody na pustyni było całkiem sporo a jej jakość była całkiem dobra. 7 lipca ląduje w South Pass, gdzie właśnie odbywała się chyba największa impreza tej dekady jaka było świętowanie 150 rocznicy powstania tego minimalistycznego miasteczka, które w tym momencie jest bardziej muzeum i skansenem. Na ten weekend zamieniło się ono jednak w tętniące życiem centrum rozrywki w amerykańskim stylu ze sporym pokazem sztucznych ogni przez które nie mogłem zasnąć aż do 22:00. Kolejnego dnia nad ranem ruszyłem w stronę drogi 28, która miałem dotrzeć do miasteczka Lander. Łapania stopa okazało się nie lada wyzwaniem po ok. 2 godzinach i marszu wzdłuż drogi zatrzymał się Trey, który wracał właśnie z córką ze wspomnianej imprezy. Po drodze miałem okazje podziwiać przepiękne widoki I bardzo popularny rejon wspinaczkowy o nazwie Wild Iris. Trey podrzucił mnie do sklepu i zaproponował prysznic znajdujący się za jego domem. Potem zaproponował mi obiad i możliwość rozbicia namiotu na jego podwórku. Dnia następnego następnego na szlak miała mnie podrzucić jego żona o imieniu Jagoe. Bycie hikerem to nie tylko umiejętność sprawnego poruszania się po szlaku, ale także poza nim, stad umiejętność nieodmawiania tego typu propozycji to bardzo cenna umiejętność :)

 

 

Powrót z Lander na szlak to bardzo przyjemna odmiana i wejście w pasmo gór o nazwie Wind River. Tutaj problemów z wodą już nie było a jak to na szlaku bywa i ten fakt popadł w skrajność. Woda jest wszędzie a razem z nią komary I inne insekty. Pierwszego dnia wieczorem zaskoczyła mnie burza, jednak na czas udało mi się zejść w niższe partie gdzie postanowiłem przenocować. Dwa kolejne dni to walka z komarami, ale też wędrówka chyba najbardziej urokliwymi terenami przez które wiedzie CDT. Wind River okazały się strzelistymi i monumentalnymi ścianami skalnymi, których ogrom przytłacza i zadziwia. Do tego bajeczne jeziora, które przypominały mi to, co widziałem na szlaku PCT w Yosemitee dwa lata temu.

 

Przed dotarciem do kolejnego miasteczka wędrowałem wzdłuż rwącej rzeki o nazwie Green River, która rzeczywiście była mocno zielona. Podczas fotografowania jednej ze ścian, w okolicach rzeki zauważyłem niedźwiedzia, który szybko czmychnął w dół rzeki. Przypomniało mi to o fakcie i konieczności wyposażenia się w bear sprey (ogromny gaz pieprzowy wielkości małej gaśnicy) na niedźwiedzie, który planowałem kupić w miasteczku Dubois. Po opuszczeniu doliny rzeki Green River rozpocząłem dosyć monotonny marsz polami i podmokłymi terenami pełnymi krów. Około 20:30 dotarłem do asfaltowej drogi, która udałem się do miasteczka Dubois z którego pisze właśnie te relacje. Ze stopem miałem sporo szczęścia bo raczej o tej godzinie to już wyczyn. Tutaj hikerzy CDT mają możliwość pozostania w budynku jednego z kościołów. O tym jednak już w kolejnej relacji ze szlaku.