Monarch Pass - Rabbit Ears Pass 2337 / 4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

11 czerwca,6 rano wybija godzina marszu. Razem z Samem z którym wędrowałem od ostatnich 10 dni w szybkim tempie dostajemy się na przełęcz Monarch Pass skąd w ekspresowym tempie łapiemy stopa do miasteczka Salida.



Tam grubo przed "check in" rozsiadamy się na kanapie hostelu o nazwie "Simple Lodge and Hostel". Do środka dostaliśmy się dzięki innym hikerom, którzy zdradzili nam kod do drzwi:) Na hikerską brać zawsze można liczyć :D  Zarezerwowaliśmy łóżka i udaliśmy się po zakupy na późne śniadanie. Jajecznica z 6 jajek na boczki smakowała wyśmienicie. Potem szybkie zakupy na szlak no i  w końcu błogi relaks czyli siedzenie na intrenecie, rozmowy z hikerami i zwiedzanie urokliwego miasteczka, bardzo przyjaznego wędrowcom CDT. Noc spędziłem w wieloosobowej sali na wygodnym łózku piętrowym. Dnia następnego na śniadanie kurczak i znane ze szlaku ziemniaki. Potem gorączkowe poszukiwanie transportu na szlak u lokalnych aniołów. Niestety ze względu na zbliżający się weekend wielu znajdowało się poza miastem. Jednak na bardzo dobre miejsce do łapania stopa podrzucił mnie Will, pomieszkujący w hostelu od dobrych kilku tygodni.



Około godziny 16 znalazłem się na wylotówce na szlak z której zabrała mnie przemiła dziewczyna, lada dzień zaczynająca swoją przygodę ze szlakiem "Colorado Trail" Jak to powiedziała, “za kilka dni będę łapała stopa jak tyteraz i chciałabym żeby ktoś mnie zabrał” :) Około 18:00 znalazłem się na przełęczy Monatch Pass i wesoło rozpocząłem wspinaczkę na grań szlaku CDT, która początkowo wiodła głównie terenami stoków i wyciągów narciarskich. Potem zejście do doliny i noc spędzona niedaleko jednego z urokliwych jeziorek razem z dwójką hikerów których poznałem kawał czasu temu w Pie Town.

 

Kolejny dzień to już szlakowa rutyna, pobudka o 5 i 5:30 już zdobywam kolejne kilometry szlaku, które w dawnych czasach wyłożone były torami po których poruszała się górnicza i osobowa kolej żelazna.  Gdzieś nieopodal szlaku znajdował się tunel, którego jednak nie byłem w stanie dostrzec moim “sokolim wzrokiem”. Prawdopodobnie znajdowałem się tuż nad nim.

 

 

Kolejne dni w mojej pamięci zapadły jako jedne z trudniejszych głównie za sprawą dwóch przełęczy i jednej góry o której opowiem za chwilę. Pierwszą przełęczą była ta znajdująca się w okolicach jeziora Lake Ann. Prowadziło na nią kilkusetmetrowe podejście z niezliczoną liczbą switchbacków (serpentyny). Na przełęczy strasznie wiało a zaraz za nią znajdowało się bardzo strome zbocze, pokryte niewielką warstwą śniegu, który okazał się bardzo problematyczny. Z niemałym trudem pokonałem ¾ pola śnieżnego żeby ostatni fragment nieświadomie pokonać na tyłku. Na szczęście wyhamowałem łokciem. Potem zejście do doliny, wędrówka wąwozem i nocleg w bardzo przyjemnym miejscu w sąsiedztwie rzeczki.

 

Kolejny dzień to niemal kopia podejścia z dnia poprzedniego ale jeszcze bardziej stroma i wymagająca. Przełęcz Hope Pass okazała się pierwszym wyzwaniem na jakie zostałem wystawiony tego dnia. Po zejściu do doliny w okolice jeziora Twin Lakes, wybrałem bardzo popularną alternatywę, która kończyła się przekroczeniem dosyć wartkiej rzeki Lake Creek wpływającej do jeziora Twin Lakes.  Na pierwszy rzut oka nie stanowiła ona większego wyzwania jednak już w okolicach przeciwnego brzegu nurt był bardzo wartki. Zdecydowałem się na przejście rzeki w niezawodnych butach Chiruca Tasmania i nie ukrywam że było groźnie. Dwa kroki wymagały ode mnie maksymalnego skupienia mocy rąk i nóg. W ten oto sposób znalazłem się na 2 brzegu w całkowicie przemoczonych butach ale cały i zdrowy. Potem z zapałem wędrowałem już do maleńkiej wioski jaką było Twin Lakes. Tam na chwilę zatrzymała mnie burza, którą musiałem przeczekać. Wtedy też zaczęły nachodzić mnie myśli o zrezygnowaniu z wejścia na najwyższy szczyt Gór Skalistych jakim jest Mt. Elbert o wysokości 4401 m. n.p.m. Kiedy tylko się rozpogodziło postanowiłem jednak spróbować. Po szybkim posiłku w lokalnym sklepiku, udałem się w stronę góry gór :) Po ok. 2,5 h szybkiego marszu byłem już na szczycie skąd rozpościerał się malowniczy widok na okoliczne szczyty. Pogoda dopisała i po ok 1,5 h zejścia byłem już na dole kompletnie wyczerpany i głodny. Tam spotkałem jednego z hikerów z którym nocowałem w hostelu w Salidzie.



Dnia kolejnego wędrówka przebiegała już o wiele szybciej bo teren był bardziej przystępny ale też perspektywa wypadu do miasteczka odegrała tutaj decydującą rolę. Pogoda niestety zaczęła się psuć i po przybyciu na przełęcz Tennessee Pass, rozpadało się na dobre. Pasażerom jednego z samochodów zrobiło się mnie szkoda i dosyć szybko zabrali mnie z mokrej przełęczy do s”suchego” miasteczka Leadviller. Tam bardzo szybko zrobiłem zakupy na szlak, zjadłem pizzę i po chwili stałem już przy drodze powrotnej na szlak. Stopa złapałem szybko i tę noc spędziłem zaraz obok parkingu.



Kolejnego dnia nad ranem mocno się rozpadało i zwijany przeze mnie namiot Big Sky International Revolution był całkowicie przemoczony…oznaczało to niestety fakt że następną noc będę musiał spędzić w mokrym namiocie bo raczej nie zapowiadało się na przejaśnienia….Z ciekawszych punktów tego dnia było goszczenie na terenie starych koszar wojskowych Armi USA, gdzie można natkanąć się na groźne niewybuchy. Informują nas o tym liczne tabliczki. Zaraz po tym, rozpocząłem długą wspinaczkę na przełęcz o nazwie Kokomo Pass na wysokości 12,022 stóp. Dnia poprzedniego doszedłem także do wniosku, że coś jest nie tak z moją butlą z gazem która w dziwnie szybkim tempie zaczęła się opróżniać…Doszedłem do wniosku że koniecznym będzie udanie się do miasteczka Frisco po zakup butli. Pogoda cały dzień nie dawała szans na przejaśnienia a stopa do miasteczka łapałem w istnej ulewie. Na szczęście, zlitowała się nade mną przemiła Pani która wracała właśnie z kilkudniowej wycieczki rowerowej. Zabrała mnie ona do miasteczka a także na przepyszny obiad do meksykańskiej restauracji. Potem udałem się do sklepu po butle i… niestety mieli tylko te wielkie czyli 500 g w plecaku. Welcome To :) Powrót na szlak miał mi zagwarantować kursujący cyklicznie autobus. W oczekiwaniu na kurs, siedząc na ławce w markecie zaczepił mnie pewien człowiek który zapytał czy nie potrzebujeodwózki. Ja odpowiedziałem, że właściwie to tak. On odparł że za 30 min będzie z powrotem i mnie zabierze tam gdzie chce bo jedzie w tamtym kierunku. Dla mnie to już było super. Potem okazało się że Jr.,bo tak prosił żeby go nazywać, ma dziewczynę Polkę i bardzo chętnie pomoże mi tego dnia i ugości mnie w jego domu. Akurat był w trakcie wyprowadzki i powiedział, że potrzebuje pomocy. Dla mnie był to świetny układ zważywszy na to, że deszcz nie przestawał padać, a w plecaku kisił się mokry jak szczur namiot. Okazało się że Jr. mieszka w Leadville, w którym byłem dzień wcześniej był więc to jakby powrót do przeszlości :) Dom Jr. rzeczywiście był prawie opróżniony. Kolejnego dnia od rana zabraliśmy się za pracę żeby pod wieczór ok. 18 znowu stanąć na szlaku. Jr. zaprosił mnie na lunch i obiad. Stąd najedzony i zmotywowany do dalszej podróży tego dnia zdecydowałem się na nocną wędrówkę, która potrwała do 00:00 i zakończyła się przy rzece w okolicach miejscowości Breckenridge.



W nagrodę nad ranem, dnia kolejnego udałem się na szybką kawę do miasteczka autobusem który kursował tuż obok szlaku. Potem to już mocne podejście na grań. Tam w pewnym momencie okazało się że szlak Colorado Trail nagle opuścił szlak CDT o czym ja zorientowałem się dopiero po drugiej stronie góry. Czekał mnie więc niepotrzebny marsz powrotny, po którym na deser musiałem podejść pod górę o nazwie Glacier Peak. Od razu zorientowałem się że jestem na CDT bo szlaku nie uświadczysz a kolejne kilometry wiodły wyłącznie granią całkowicie pozbawioną wody…i od wtedy zaczął się tzw. “Dramat na Grani w 3 aktach”.



Zaraz po zdobyciu góry rozbiłem namiot w bardzo wietrznych warunkach, które nad ranem dnia kolejnego doprowadziły do  zamarznięcia zewnętrznej powłoki namiotu. Potem to już walka z żywiołem górskim w czystej postaci. Przez cały dzień przebywałem na grani o średniej wysokości 4 tyś. metrów, z trudem odnajdując punkty orientacyjne na bardzo wysokich szczytach głównej grani. Na deser pozostało mi wejście na szczyt o nazwie Argentina Peak, potem Mt. Edwards żeby na koniec ostrą jak Orla Perć granią dostać się na najwyższy szczyt na szlaku CDT o nazwie Grays Peak 4352 m n.p.m Na samym szczycie już miałem dosyć byłem całkowicie wyczerpany jednak czekało mnie jeszcze strome zejście do doliny gdzie w końcu znajdowała się nieograniczona ilość wody. Satysfakcja z pokonania tej grani była tak samo wielka jak poniesiony trud. Wszem i wobec przyznaje że był to najtrudniejszy dzień w mojej dotychczasowej wędrówce.



Kolejnego dnia było o wiele łatwiej początkowa faza marszu biegła drogą dla jeepów a potem asfaltową drogą dla rowerów. Kiedy jednak udogodnienia się skończyły szlak znowu wrócił na grań. Po dotarciu na przełęcz Berthoud Pass, szybko złapałem stopa do miasteczka Fraser gdzie zrobiłem zakupy na dalszy etap wędrówki do miasteczka Steamboat Springs. Po szybkiej wizycie w markecie, noc postanowiłem spędzić w przytulnym Warm Hucie, czyli pomieszczeniu specjalnie dogrzewanym dla narciarzy i innych wędrowców górskich. Przeznaczenie tego miejsca było raczej do użytku dziennego, bo dosyć jasno w regulaminie było napisane że spędzanie nocy w tym miejscu jest zabronione... Ale co tam jak zwykłe hikerom można więcej. Musiałem jedynie zmagać się z fotokomórka uruchamiająca światło i dwoma kierowcami, którzy zatrzymali się w tym miejscu za potrzebą i mimowolnie uruchomili światło.



Poranek dnia następnego okazał się bardzo pogodny a na szczycie góry znajdującej się powyżej domku znalazłem się w towarzystwie porannego biegacza. Potem szlak dramatycznie pikuje do doliny żeby znowu wrócić na grań na szczycie James Peak. Od tego momentu rozpoczyna się 3 cześć dramatu na grani. Wiatr wiał z prędkością swobodnie wytracając mnie z równowagi. Ścieżki jak zwykle w takich miejscach nie było widać no i do tego grad padający z przerwami co jakieś 20 minut. Grad + Wiatr = Ból :) W pewnym momencie za plecami dostrzegłem olbrzymią czarną chmurę zbliżająca się w moim kierunku. Przez jedną z przełęczy prawie przebiegłem żeby siłą rozpędu wdrapać się na ostatnią grań na mojej drodze. Z utęsknieniem wypatrywałem przełęczy Devil’s Thumb Pass, na której rozpoczynało się zejście do doliny. Kiedy w oddali zobaczyłem rzeczywisty zarys kciuka, od razu skierowałem się w stronę stromej doliny. Potem z każdym metrem było dużo lepiej bo wysokość niższa no i wiatr już tak nie doskwierał.
W nagrodę następnego dnia miałem pojawić się w miasteczku Grand Lake, gdzie z łatwością mogłem nadrobić niedobór napojów gazowanych. W miasteczku nieco się zasiedziałem i na szlak wróciłem ok 20:00 co okazało się na tamtą chwilę wydarzeniem tragicznym. Błędnie sprawdziłem granice Parku Narodowego Rocky Mountains i do opuszczenia jego terytorium miałem ok. 15 km marszu…wiązało się to z koniecznością wykupienia pozwolenia na spanie w Parku Narodowym kosztujące 25 dolarów + konieczność wypożyczenia puszki na jedzenie przeciw niedźwiedziom….no ale gdzie o 20:00 to załatwić…No nic, podszedłem nieco pod górę żeby po ok 5 km wdrapać się w niedostępne dla oka Rangera miejsce żeby przetrwać tę noc. Ze względu na stresogenną sytuację i szalejąca wichurę nie przespałem nawet godziny. Nad ranem szybko zebrałem się na szlak i wesoło jak gdyby nigdy nic opuściłem granice Parku. Tego dnia złapała mnie bardzo mocna burza z gradem padającym z bardzo dużą intensywnością ale potrwało to może z 30 minut po czym znowu musiałem się rozbierać z mojej ulubionej kurtki przeciwdeszczowej Milo Gosha do samych spodenek i koszuli. Noc spędziłem w okolicy Willow Creek Pass gdzie żadnego creeka (strumyk) nie było i po wódę musiałem udać się w dół asfaltową drogą.

 

Kolejny dzień okazał się szczególny ze względu na ostatni szczyt o wysokości powyżej 12 tys. stóp na jaki miałem się wdrapać. Po ok. 2 godzinach wędrówki granią znalazłem się na jego szczycie gdzie w towarzystwie 2 innych hikerów zjadłem śniadanie. Potem znowu wędrówka granią, która pod koniec dnia zakończyła się szybkim marszem po drodze dla jeepów. Tego dnia odnotowałem swój rekord pokonanych km i było to 51…Nie jest to żaden super wynik ale jak dla mnie ok :)



26 czerwca nad ranem zbieram się szybko i początkowo drogą dla jeepów a potem asfaltem docieram do przełęczy Rabbit Ears Pass, skąd bardzo szybko łapie stopa do miejscowości Stamboat Springs w Colorado. Tam standardowa wizyta w supermarkecie w którym znowu działy się rzeczy niecodzienne. Koniec końców mam gdzie spać w miejscowości gdzie za camping trzeba zapłacić 45 dolarów, ja jednak żadnej opłaty poza swoją pracą nie muszę wnosić. O tym wszystkim w kolejnym wpisie już pewnie ze stanu Wyoming.