Cumbres Pass - Monarch Pass 1758/4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

Oc z 21 na 22 maja okazała się bardzo mroźna i nieprzyjemna, jednak perspektywa gorącej kawy i dnia zerowego w miasteczku Chama skutecznie zmobilizowały mnie do porannego marszu ku przełęczy Cumbres Pass. Z oddali wyłaniała się stacja zabytkowej kolejki a ja powoli widziałem się w jednym z przejeżdżających samochodów kierujących się w stronę miasteczka. Na tę chwilę przyszło mi jednak sporo poczekać. Przez godzinne przyjechało 5 samochodów w tym ciężarówka, autokar, i dwa campery czyli dramat...do miasteczka miałem jakieś 9 mil  rozpocząłem wiec marsz asfaltową drogą przy jedni czesnym łapaniu stopa. Jak na złość przez godzinną wędrówkę nikt się nie pojawił a ja musiałem odpocząć i zjeść śniadanie. Wtedy oczywiście przejechały chyba ze 4  osobowe samochody...co za dzień... Po przerwie ruszyłem dalej kiedy po jakiś 30 minutach zza rogu wyjechał mój wybawca. Gościu o imieniu Dave kierował się do kasyna w Farmingtin, gdzie planował zebrać pieniądze na dalsza tułaczkę po USA. Miła rozmowa z kierowcą i po 20 minutach bylem już na głównej ulicy klimatycznego miasteczka pośrodku niczego. Po krótkiej wizycie w sklepie, popędziłem na pocztę odebrać -  moja a de facto - jeszcze naszą paczkę z butami, ciepłymi ubraniami i raczkami turystycznymi. Paczka niestety była zaadresowana na Maćka co dla pocztowca okazało się idealnym pretekstem do wykazania się przed swoimi podwładnymi. Stwierdził bowiem, że nie może wydać paczki mnie tylko Maćkowi na którego była zaadresowana paczka. Niby logiczne jednak moja historia też nadawała sensu całej sytuacji. Miałem oczywiście zdjęcie Macka paszportu jednak to dla Pana było za mało. Otarło się o pokazywanie wiadomości na Messengerze i przeglądanie Facebooka po czym Pan łaskawie wydal paczkę... Nowiutkie buty Chiruca Tasmania od razu wylądowały na moich nogach a te stare z Walmarta w koszu :) Potem wizyta w bibliotece, zakupy na szlak i piesza wędrówka około mili w kierunku mojego miejsca noclegowego którym okazał się okoliczny kamping dla przyczep itp. Sklep za rogiem wiec źle nie jest. Przez ostatnie dni doskwierała mi kontuzja lewego uda, potrzebna była więc konsultacja z zaprzyjaźnionym fizjoterapeutą Piotrkiem z Rock Med., który pomógł mi w dojściu do sprawności. Te noc spędziłem wiec także pod namiotem niestety nie znajdując kompana na podział pokoju w  motelu. Poranek rozpocząłem od działań naprawczych sprzętu, prysznica, prania itp. Tego samego dnia planowałem pojawić się na szlaku. Tak tez się stało, a o 18 na szlak zabrał mnie jeden z lokalnych Aniołów o imieniu Ralph. Te noc spędziłem na stacji zabytkowej kolejki, którą mogą kojarzyć fani serii o Indinie Jonesie(3 część ucieczka młodego Indiany na poczatku filmu)

 

 

Kolejnego dnia o 6 rano stanąłem na szlaku CDT, który tym razem miał mnie zabrać na kilkudniowy „spacer” po górach San Juan. Góry o tej nazwie to pierwszy poważniejszy sprawdzian dla hikerow CDT. Góry San Juan słyną z nieprzewidywalnych warunków pogodowych a śnieg z poprzedniej zimy lubi tam poleżeć nawet do późnego lata. Z każdym kilometrem wspinałem się coraz wyżej a w oddali pojawiały się coraz wyższe szczyty pokryte grubą warstwą śniegu. Niestety w pewnym momencie i ja znalazłem się w zasięgu tych szczytów i szlakową ścieżkę mogłem już znaleźć jedynie na mapie mojego GPSa. Dzień zakończyłem wynikiem ok 38 km co uznałem za sukces mając na względzie trudności wynikające z błądzenia po zaśnieżonych zboczach San Juans.

 

Najgorsze miało jednak nadejść dnia następnego, kiedy udało(idealne słowo) mi się pokonać ok 26 km w rekordowo długie 15 godzin. Stało się tak za sprawą ambicji która pchnęła mnie w stronę oficjalnego szlaku CDT,  który zamiast doliną prowadzi wędrowca stromymi zboczami prawie cztero-tysiecznych szczytów. O szlaku mogłem zapomnieć o czym nie raz przekonałem się zjeżdżając na tyłku stromym zboczem po obsuwającym się śniegu. Pod koniec dnia, wyczerpany walką ze śniegiem i poszukiwaniem zasypanego szlaku doszedłem do wniosku ze schodzę do mokrej doliny Adams Creek gdzie ostatecznie rozbiłem obóz. Odcinek 15 km oficjalnego szlaku pokonywałem przez 7h (normalnie ok 3h). Tego dnia już wiedziałem, że mój plan dotarcia do miasteczka Lake City w 7 dni jest niemożliwy do spełnienia i koniecznym będzie zejście do miasteczka Pagosa Springs w celu dokupienia prowiantu na dalsza drogę.

 

Niepokojącym zdarzeniem był nawrót kontuzji, która odnowiła się podczas morderczych zmagać w głębokim śniegu dodatkowo raniącym moje łydki i golenie (no i jedzenie w plecaku na 7 dni też waży...)

 

Trzeci dzień w Górach San Juan rozpocząłem ok 6:30 mocnym i stromym podejściem. W pobliżu Montezuma Peak spotykam 3 hikerów, pierwszych od startu z Chama. Potem mijaliśmy się jeszcze kilka razy. Ważne że szli przede mną i mogłem spokojnie iść po ich śladach. Warunki okazały się przystępne poza jednym fragmentem gdzie nad, bardzo stromą przepaścią trzeba było pokonać szeroka połać śniegu. Do tego odcinek z gęsto powalonymi drzewami gdzie zgubiłem moja karimatę do siedzenia i uzupełniłem rany na nogach o kolejne, spowodowane zahaczeniem o wystające gałęzie. Na ostatnich nogach dotarłem do całkiem płaskiego terenu gdzie ze wspomnianą trójką hikerów spędziłem noc. Tej nocy strasznie wiało co skróciło mój sen do wczesnych godzin porannych.  Rano szybko zebrałem się w stronę Woolf Creek Pass, skąd kolejno stopem dotarłem do kurortu Pagosa Springs. Podwózkę zaoferowała mi mieszkanka Denver która jechała do swojej córki do Durango z paczkami na ich przygodę ze szlakiem Appalachian Trail :) Około 12 dotarłem do Walmarta gdzie korzystając z dostępu do internetu rozpocząłem poszukiwania noclegu w ramach couchsurfingu. Koniecznie potrzebowałem kilku dni na wyleczenie nogi a PagosaSprings to bardzo dorga miejscowość w której ceny za nocleg bardzo szybko doprowadziłoby do ruiny już mocno wątpliwy budżet wyprawy. Czekając na odpowiedz od osób oferujących nocleg, czas spędziłem na konsumpcji całego kurczaka i rozmowie z przypadkowymi klientami supermarketu. Jednym z nich okazał się  bardzo pomocny człowiek który trudniąc się rożnymi pracami w mieście, ostatnio pracował w hotelu prowadzonym przez Polaków. Nie mając nic do stracenia poszedłem do tego miejsca i spytałem o możliwość noclegu za prace. W tym miejscu niestety nie udało mi się znaleźć schronienia, otrzymałem jednak informacje że w mieście Pagosa Polacy są właścicielami kilku kolejnych Hoteli w tym jednego znajdującego się zaraz za płotem. Właścicielami Hill Side Inn był Pan Irek i jego małżonka Pani Marysia z która miałem przyjemność rozmawiać. Oboje Państwo okazali się niezwykle otwartymi ludźmi, którzy okazali mi pomoc i wsparcie w tej trudnej dla mnie chwili. Po krótkiej rozmowie z Panią Marysią, otrzymałem kartę do pokoju w który był moim domem przez kolejne 5 dni odnowy biologicznej. Hotel Państwa Przybylskich to miejsce o którym nawet nie marzyłem…Basen, Jacuzzi, wygodne lóżko no i przepyszne śniadania. To wszystko w Hill Side Inn w Pagosa Springs. Miejsce godne polecenia pod każdym względem ale szczególnie ze względu na wspaniałą rodzinę właścicieli. Zaraz po ulokowaniu się w pokoju skontaktowałem się z fizjoterapeutą Piotrkiem z Rock Med, który zalecił mi odpowiednie ćwiczenia mające pomóc mi w wyleczeniu nadwerężonej nogi

 

. Po 5 dniach, odpoczynku Pan Irek podwiózł mnie na przelecz Woolf Creek skąd rozpocząłem kolejny etap mojej wędrówki. Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc i dziękuję losowi ze miałem okazje Państwa poznać J

 

Na przeleczy poznałem Sama, chłopaka z Florydy który w swoich planach miał bardzo ciekawy projekt będący polaczeniem kilku szlaków i szczytów na terenie Colorado. Miedzy innymi było nim spore  wyzwanie pokonania czternastu kolejnych szczytów o wysokości minimum 14 tysięcy stóp. Początkowo moje tempo wyglądało mocno ślamazarnie jednak z każdym dniem rosło. Na szlaku było już niewiele śniegu a kolejne kilometry przychodziły dużo łatwiej niż to miało miejsce na początku pasma San Juans. Problemy rozpoczęły się 2 czerwca kiedy to zapowiadano załamanie pogody. Tego dnia miałem zaplanowane pokonanie grani o naziwe Knifes Edge, której trudność wynikała z zalegających na jej zboczach jęzorach śnieżnych i przepaści znajdujących się tuż pod nimi. Wspólnie z Samem pokonaliśmy ten odcinek w stylu “Slow and Steady” czyli wolno , czujnie bez gwałtownych ruchów. Prawdopodobnie gdybym szedł sam użyłbym raczków turystycznych jednak we dwójkę takie odcinki pokonuje się dużo łatwiej. Po pokonaniu Knife Edge, pogoda załamała się na dobre. Nad naszymi głowami zawisły czarne chmury a z nich co jakiś czas leciał grad, deszcz, śnieg a do tego porywisty wiatr…czyli pogoda jak nad polskim morzem J Pozdrowienia dla Letników J

 

 Kolejnego dnia przyszło rozpogodzenie, czyli upał i czyste błękitne niebo. Z łatwością mogłem więc dostrzec bardzo ciekawa formacje skalna jaka było tzw. Okno (The Window), czyli charakterystyczna wyrwa w grani szczytowej góry.

 

5 czerwca upłynął pod znakiem dzikiej zwierzyny której na szlaku jest całkiem sporo. Na porządku dziennym są tzw. Elki znane w Polsce jako Wapiti. Tego dnia spotkałem także sporego łosia I kroczącego za mną kojota…

Na zajątrz mieliśmy dotrzec do miasteczka Lake City, gdzie planowałem zrobić zakupy na kolejny etap wędrówki. Nie planowałem zostawać tam na noc, jednak po namowach Sama postanowiłem spędzić noc w tym bardzo przytulnym kurorcie. Lake City to bardzo mała mieścina, nastawiona głownie na turystów czyli dolarowy zysk. Przed dotarciem do miasteczka zaliczyliśmy ok 27 kilometrów ostrego hikingu żeby po błogim wypoczynku w motelu dnia następnego wrócić na szlak. Tego dnia nie uszliśmy zbyt jednak daleko, mając dalej w trzewiach pizzę i hektolitry wypitej sody. Odpoczynek był także wskazany ze względu na plan zdobycia jednego z 14 tysiączników jakim miała być góra St. Louis Peak. Ostatecznie górę zdobyliśmy dnia następnego nad ranem, w stylu light and fast zostawiając nasz dobytek pod szczytem góry. Ja zabrałem ze sobą jedzenie bojąc się że padnie ono łupem górskich szczurów czyli świstaków…. Po zejściu ze szczytu szlak sprowadził nas z do samej doliny w której spędziliśmy dwa kolejne dni. Wspinaczki było niewiele a teren z wybitnie górzystego zamienił się w nieco pustynny i jałowy. Pojawił się także problem z wodą, której w tym rejonie było niewiele…

 

 

Przed osiągnieciem kolejnej przeczy z które planowałem udać się do miasteczka Salida, szlak znowu wystrzelił ostro w górę w wysokie i ośnieżone szczyty Kolorado.

 

 

Salida w które spędzam właśnie dzień zerowy to bardzo przyjemna miejscowość z dostępem do wszelakich zdobyczy cywilizacji. Jest Walmart, jest sklep wszystko za dolara no i przytulny hostelik. Zaraz jednak ruszam dalej na szlak a przede mną góra Mt. Elbert będąca kolejnym punktem poza szlakiem który zamierzam zaliczyć.

 

 

Więcej o pobycie w Salidzie i kolejnych przygodach ze szlaku w kolejnym wpisie.