Grants - Cumbres Pass 1300/4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

Dotarcie do miasteczka Grants zapewnił mi 12 kilometrowy marsz asfaltowa drogą a potem osiedlami ciągnącego się jak spaghetti miasteczka. Najpierw wizyta w McDonldsie i uzupełnienie braków kalorycznych (Cola). A potem wizyta na poczcie i odebranie czekającej na mnie paczuszki. Potem skierowałem się do biblioteki, która miała być tuż za rogiem rzeczywistość okazał się jednak zupełnie inna. Niestety przeniesiono ją do nowego budynku około oddalonego o prawie dwa kilometry…No ale czego nie robi się dla swobodnego dostępu do sieci…:P  Po uzupełnieniu bloga i wrzuceniu kilku zdjęć, w korytarzu biblioteki spotkałem przemiłych Państwa, którzy dwa dni wcześniej na szlaku wręczyli mi zimny napój izotoniczny. Powiedzieli ze zatrzymali się w mieście na weekend i że jeżeli chce to podrzuca mnie do Walmarta, do którego nie było już tak blisko (ok. 3 mile). Szybko pozbierałem graty i niezwłocznie skorzystałem z tej propozycji nie do odrzucenia. Buszowanie po pułkach sklepowych tym razem miało także wymiar szczególny. Było tak za sprawą konieczności zakupienia tymczasowego obuwia na szlak. W Grants musiałem pożegnać się m  z moimi Chiruca Maracaibo, które dzielnie służyły mi od samego początku szlakowej niedoli . Po zrobieniu zakupów wróciłem do centrum na szybki obiad (kurczak z Walmarta) po czym ok. 18 zacząłem opuszczać miasteczko szlakiem CDT. Droga okazała się nudną, płaską i ruchliwą drogą asfaltową która zaprowadziła mnie na trailhead CDT. Z ciekawszych obiektów, po drodze mijałem więzienie dla kobiet, gdzie za cienka siatką osadzone wesoło grały w koszykówkę i inne gry zespołowe :) Na tym odcinku drogi panował całkowity zakaz zabierania autostopowiczów…:) Jakoś mnie to nie dziwiło.

 

 

Noc spędziłem na parking gdzie z częstotliwością ok 1 godziny, regularnie podjeżdżał samochód który budził mnie ze snu z morderczą skutecznością. Nie ukrywam że zależało mi na dobrym śnie bowiem kolejnego dnia czekała mnie wspinaczka na szczyt o nazwie Mt. Tailor, który może nie jest położony na szlaku ale zaliczyć szczyt o wysokości prawie 3 700 m w terenie pustynnym to raczej niecodzienna sprawa.

 

 

Podejście okazało się długie, strome a więc męczące, jednak widoki ze szczytu rewelacyjne. Po opuszczeniu wierzchołka czekało mnie podejście pod sąsiednią górę z licznymi przekaźnikami i wieżą pożarową. Tam tez zauważyłem sporą grupę ludzi siedząca wokół stolika z coolerami (przenośna lodówka) itp. Wszystko to wyglądało jak Szlakowa Magia, zacząłem więc przyglądać się dokładniej napotkanej sytuacji. Co się okazało była to grupa Indian, którzy u podnóża świętej dla nich góry odprawiali rytuał i bardzo prosili żeby im  w tym nie przeszkadzać. Uszanowałem ich prośbę i szybko oddaliłem się w stronę szlaku CDT.

 

 

Kolejne 2 dni to wędrówka suchymi pustkowiami, które co raz częściej zaskakiwały mnie  bijnie rozkwitającą zieloną roślinnością. Co raz częściej spotykałem także wartko płynące źródełka czystej wody. 

 

16 maja docieram do kolejnego miasteczka o nazwie Cuba, gdzie zrobiłem zakupy na dalszy etap wędrówki. Odwiedziłem także szlakowego Anioła Vinca, który oferował możliwość przespania się na terenie jego posiadłości. Miałem także okazję zażyć solarnego prysznica i zrobić pranie w misce z woda. Cuba to kolejne miasteczko, ktorego dawny blask mina wraz z budowa autostrady międzystanowej, która omija takie miejscowości jak Grants czy Cuba. Jeżeli widzieliście bajkę “Cars” (Auta) to pewnie wiecie co mam na myśli :)

 

 

Po opuszczeniu Cuby kieruje się na północ w stronę kolejnego miasteczka o nazwie Chama. Po drodze klimat jak i otoczenie zmieniają się diametralnie z każdym dniem. Od momentu kiedy opuściłem koryto rzeki Rio Chama, na dobre zawitałem w iglaste i górzyste tereny Nowego Meksyku. Średnio przebywam na wysokości ok 3200 m n.p.m., co skutkuje także spora ilością źródełek wodnych. Mijam, strumyki, niewielkie jeziora aż w końcu na dwa dni przed dotarciem do miasteczka Chama, zaskakuje mnie burza z piorunami, deszcz, wiatr i drobny śnieg. Noce bywają bardzo zimne a standardem staje się suszenie mokrego śpiwora i namiotu na pierwszej przerwie śniadaniowej. Na szczęście w Chamie czeka na mnie nowy sprzęt, czyli ciepła kurtka Milo, getry od Brubecka i nowe buty Tasmania od Chiruca. Jeszcze nie zawitałem do Colorado a  kolejne tygodnie zapowiadają się ciekawie ale i chłodno…:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 










Marek

2018-05-24 05:49:14

Wszystko super, ale prosba o uzywanie akapitów, bo bardzo ciezko sie to czyta. :)

Grzesiek

2018-09-27 10:08:21

Dzięki za uwagę, trochę zmieniłem formę tekstu :) Pozdrawiam