Silver City - Grants 885/4820 km

Continental Divide Trail

newsimage

 

Jak już wspominałem droga do Silver City okazała się wampirem energetycznym który wyssał z nas siły i zapał do dalszej aktywności tego dnia. Postanowiliśmy przespać się na tzw. RV Parku, gdzie za 15 dolarów  mogliśmy rozbić namiot w samym centrum miasta. Miejsce ze stałym dostępem do prania, prysznica i internetu, stąd długo się nie zastanawialiśmy. Ze względu na tzw. Trail Days nocowało tam z nami ok 20-30 hikerów.  Same Dni Szlakowe okazały się już dogorywać i nie udało nam się załapać na darmowe burgery czy śniadanie serwowane dnia poprzedniego… Nie to jednak okazało się najgorszą informacją tego dnia…

 

Na jednej z przerw zaraz przed miastem Maciek, powiedział dosyć poważnie, że chyba wraca do domu. Podobne rozmowy na szlaku to standard, a autorami tych słów jesteśmy zazwyczaj oboje. Tym razem okazało się to mieć niewiele wspólnego z żartem. Zaraz po rozbiciu namiotu, Maciek powiedział że tym nie żartuje i ze rezygnuje z dalszej wędrówki. Jak mawiał mój ulubiony komentator bokserski Andrzej Kostyra, “Żeby zrozumieć Andrzeja Gołotę, trzeba zjeść z nim beczkę soli”. O Maćku mogę powiedzieć podobnie, tyle że tych beczek trzeba zjeść ze trzy…ale ja je zjadłem i wiedziałem że po zadaniu dwóch kontrolnych pytań więcej informacji już nie potrzebuje. W takiej atmosferze pojechaliśmy na zakupy, które odbyły się w żałobnym rapsodzie Maćka decyzji. Ostatnie zakupy, ostatni kurczak, ostatnie przeliczanie płatków owsianych na dzień wędrówki…

 

Po powrocie atmosfera nieco się oczyściła i po zjedzeniu kurczaka udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Rano dotarło do mnie, co Maćka decyzja znaczy dla mnie i co się zmieni w dalszej wędrówce. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie aż tak wiele. Będę miał wygodny 2 osobowy namiot jednak jego waga nie zmaleje…Do tego jeszcze kilka innych gadżetów, które odziedziczyłem po Maćku. Dokonaliśmy szybkiego przepakowania plecaków po czym Maciek zasiadł na dobre kilka godzin przy komórce w poszukiwaniu biletów powrotnych. Ostatecznie wszystko poszło po naszej myśli i Maciek swoją wędrówkę, tym razem do Polski miał rozpocząć 2 maja. Postanowiłem poczekać z nim do tego terminu i dopiero wtedy wrócić na szlak. W pewnym momencie doskwierała już nam nuda, bo na obozowisku zostaliśmy jedynie my i dwójka hikerów, którzy czekali na otwarcie poczty w poniedziałek. Ostatecznie i oni wrócili  na szlak o załatwieniu swoich spraw.

 

2 maja wstaliśmy o typowej, szlakowej godzinie czyli 6:00, szybka kawa w supermarkecie, plecaki spakowane i ruszamy. Maciek postanowił odprowadzić mnie jeszcze na szlak, jednak nieuchronnie wspólna wędrówka dobiegała końca. Na rozejściu dróg ostatecznie pożegnałem się z Maćkiem, który stopem pojechał do Lordsburga, skąd kolejno pociągiem udał się do Los Angeles i potem już do Polski.  

 

Od tego momentu, relacja będzie pisana już tylko w pierwszej osobie a Maciek został ogłoszony Rzecznikiem Prasowym wyprawy :P

Na szlak postanowiłem udać się alternatywną drogą tzw. Little Walnut, która miała mnie doprowadzić do szlaku CDT a potem na kolejną drogę alternatywną o nazwie Gila River. Ta ostatnia to droga którą wybiera 90 procent hikerów ze względu na stały dostęp do wody, której na oficjalnej drodze jest bardzo mało. Droga prowadząca do rzeki okazała się bardzo urokliwa i zupełnie inna od tego co widziałam dotychczas. Roślinność to już bardzo wysokie drzewa iglaste a wokół skały przybierające najdziwniejsze formy bałwanów skalnych i olbrzymich filarów. W jednym miejscu napotykam napis CDT, gdzie pośrodku niczego został ustawiony stół z zeszytem służącym do odnotowania swojego pobytu w tym miejscu. Podobno nieopodal swój dom mam lokalny pustelnik, który często gości hikerów w swojej pustelni. Mi niestety nie było dane go spotkać. Dalej to już wejście do kanionu rzeki Gila, który okazał się moim domem przez kolejne dni.

 

Pierwszy dzień w kanionie to trekking piachem, mułem i lasem, no i rzeka którą, na całej długości alternatywy przekraczałem prawie 200 razy!! Początkowo była to fajna zabawa, a o zdejmowaniu butów nie było mowy. Tak więc każde przejście rzeki wiązało się z przemoczeniem butów. Kolejne dni nie były już jednak tak wesołe. Przekraczanie rzeki zrobiło się dosyć monotonne, a poszukiwanie szlaku nie raz doprowadzało mnie do obłedu…Kilka razy podchodziłem  pod jakąś górkę żeby zaraz z niej zejść i szukać szlaku  po drugiej stronie brzegu rzeki Gila. A szlak hmmm... zarosła trawa, piach, kamienie ogólnie każda forma niewiele sugerująca wędrowcowi właściwą drogę, którą powinien podażać. Dodatkowo jednego poranka okazało się że moje buty…zamarzły. W nocy musiało być w okolicach zera….Na szczęście tego dnia nocowałem w okolicach punktu obsługującego turystów. A tam zazwyczaj znajdują się toalety, w których panuje bardzo przyjemna wysoka temperatura i są….suszarki do rąk :) Pamiętając o tym fakcie zawitałem tam ok 7 rano, gdzie dokonałem aktu suszenia wszystkiego co było mokre i zamarznięte. Ok 8 pojawili się pracownicy punktu, mocno zdziwieni moją obecnością ale na szczęście było już po wszystkim i nie widzieli jak w ekstremalnych warunkach pracowały ich suszarki do….butów, skarpet, śpiwora :)

 

Kolejny dzień to także przeprawy rzeczne. Wieczorem postanowiłem zadziałać nieco prewencyjnie i rozpaliłem ognisko chcąc wysuszyć buty i skarpety żeby uniknąć sytuacji z dnia poprzedniego. Sprawdziło się całkiem dobrze, chociaż eksperci raczej nie polecają takich zabiegów. Potem okazało się że na terenie całego Parku Gila obowiązywał całkowity zakaz palenia ognisk o czym jednak nie miałem szansy się dowiedzieć. Susza i tutaj nie daje spokoju...

 

Ostatecznie 4 maja opuściłem kanion Gila, i zaraz znalazłem się na kolejnej drodze prowadzącej do szlaku CDT. Noc spędziłem przy olbrzymim zbiorniku z wodą dla krów, które w nocy-  nie wiem czemu- aktywizują się w okolicach mojego namiotu.

Przed wejściem do ostatniego kanionu o nazwie Cox, spotykam hikera o imieniu szlakowym Atlas, z którym dochodzę do samego końca alternatywy. Okazał się on ciekawym człowiekiem, który w tym momencie zajmuje się pokonywaniem szlaków długodystansowych na całym świecie a CDT ukończył już kilka lat temu.

 

Problemy z wodą to już standard, dźwigam więc na 
plecach ok 4 litrów. Noc tę spędzam na szlaku CDT na przełęczy pomiędzy całkiem sporymi górami.

O poranku dnia następnego, zatrzymuje się przy brudnej wodzie, gdzie jem śniadanie i filtruje wodę na ok 15 km dalszej wędrówki. Potem okazało się to olbrzymim błędem…Kolejny zbiornik z wodą przy którym zamierzałem się zatrzymać był wyschnięty do cna... Tak więc przez ok 25 km wędrowałem z ok 0.5 l wody a szlak nie odpuszczał. Podejścia, zejścia i odkryty teren mocno zaczęły wysysać ze mnie resztkę wody. Po drodze widzę napisy “Snack Tree”, dodający nieco otuchy…ale żadnego drzewa nie było…(może była to fatamorgana). Ostatecznie widzę butelki z wodą, które są niestety puste. Kiedy docieram do drogi, okazuje się że szlak całkowicie omija zbiornik wodny z którego zamierzałem nabrać wodę…wkurzam się i idę drogą a nie szlakiem. Ostatecznie widzę, zbiornik, krowy i hikera, znaczy to jedno…jest tam woda :) Wypijam duszkiem ok 2 litry, zabieram wody na cały kolejny dzień i ruszam dalej ok 6 km. Tego dnia wędrówkę zakończyłem o zmroku w świetle czołówki Mactronic Vizo RC.

 

Kolejny dzień to wędrówka głównie drogą dla jeepów w stronę miasteczka o nazwie Pie Town. Po drodze mijam, farmy i samochody wiozące ich właścicieli. Z wodą bardzo krucho, jednak w raporcie z wodą znajduję informację że zaraz powinienem dotrzeć do zaprzyjaźnionego ranchera, który oferuję wodę z pompy. Niestety moja aplikacja nie posiadała opisu tej drogi, stąd nie wiedziałem dokładnie gdzie to jest. Zobaczyłem jednak zaraz obok szlaku pompę, która okazała się działająca stąd pomyślałem że to musi być tutaj. Obok niej leżało 6 piw, które wydawały się czekać na nadchodzących hikerów :) Uzupełniłem zapasy wody i wypiłem jedno…no dobra dwa piwa (to za Maćka) i powędrowałem dalej. Potem pytałem hikerów czy tam byli a oni mówili że nie i  że ten zaprzyjaźniony rancher mieszkał dalej….hmmm widocznie muszą zaktualizować te punkty na szlaku :) Po około 5 kilometrach wędrówki, nadjeżdżający z przeciwka samochód zatrzymał się z pytaniem czy mam wodę, której miałem pod dostatkiem a w promocji otrzymałem jeszcze jedno piwo :)

Wieczór był więc wesoły i był zapowiedzią tego co czekało na mnie w Pie Town dnia następnego. Ok 12 dotarłem do miasteczka, które okazało się bardziej zjawiskiem niż faktem z dziedziny topografii. De facto jest tam, niewiele, dwie restauracje, poczta która działa na jakiś dziwnych zasadach no i najważniejsze, Toaster House czyli przybytek pozostawiony do użytku hikerom i bikerom CDT. Na całkiem sporej powierzchni znajduje się domek, w którym każdy hiker ma szanse przespać się na łóżku, ugotować sobie obiad i poszperać w największym hiker box-ie jaki kiedykolwiek widziałem a to wszystko pośrodku niczego. Co więcej Aniołowie dostarczają tam świeże owoce, warzywa a także zimne napoje (również te wyskokowe). No raj na ziemi dla wyczerpanego hikera. Po odebraniu paczki, wziąłem prysznic i zrobiłem pranie, po czym zasiadłem błogo na wygodnym fotelu. Wieczorem, rozmowy przerodziły się w dyskusje a potem już w regularną imprezę. Ja poszedłem spać o całkiem przyzwoitej porze 22:00. Rano obudziłem się z problemem jaką drogę obrać w stronę Grants (kolejne miasteczko na drodze). Myślałem o oficjalnej drodze, o której jednak mało kto słyszał…każdy wybierał drogę alternatywną wiodącą szutrową drogą 117. Po dokonaniu rozeznania i dochdzę do wniosku że woda na tym odcinku jest taką samą niewiadomą jak strzały na pokładzie Tu-154, postanowiłem pójść alternatywą jak reszta.

Droga dosyć nudna, ale była na niej woda. Głównie w tzw. skrytkach wodnych pozostawionych przez Aniołów. Dojście do Grants zajeło mi 2,5 dnia a to głównie za sprawą pośpiechu związanego z koniecznością odebrania nowej poduszki z poczty :) Grants to całkiem spore miasteczko jak na warunki CDT, o nim jednak  i o dalszych losach mojej wędrówki w kolejnym w wpisie, prawdopodobnie z wrót Gór Skalistych jakim będzie miejscowość Chama.