Crazy Cook - Silver City 258 / 4820

Continental Divide Trail

newsimage

21 kwietnia godzina 6:00 zakładamy nasze buty od Chiruca Outoors model Maracaibo i dzielnie kroczymy ku granicy z Meksykiem. Po około godzinie dochodzimy do porwanego drutu kolczastego, stanowiącego o jednej z najściślej strzeżonych granic współczesnego Świata...W oddali widzimy charakterystyczną wiatę i niewielki obelisk będący symbolem startowym naszego szlaku. Na starcie nie ma nikogo tylko my i bezkresna pustynia stanowiąca tę prawdziwa przeszkodę którą muszą pokonać ewentualni nielegalni przybysze zza mizernej drucianej konstrukcji płotu.. Szybka sesja zdjęciowa i nielegalny pobyt w Meksyku, który zakończył się ucieczką w popłochu spowodowana nadjeżdżającym samochodem. Okazało się że była to dziewczyna z Kolorado pracująca dla CDTC (organizacja dbająca o szlak CDT), która podwoziła na "słupek" startowy innych hikerów. Kiedy zobaczyliśmy z bliska jej samochód, już wiedzieliśmy dlaczego tak niewielu śmiałków próbuje się tam dostać na własną rękę. Jej samochód to mocno podniesiony pickup z prześwitem o potężnych oponach i podwoziem, mogącym pomieścić "małą góre". Zdążyliśmy się jeszcze przywitać z naszymi kompanami szlakowej niedoli po czym ruszyliśmy przed siebie ku Kanadzie. Szlak początkowo wiódł słabo wydeptaną ścieżką, potem wszedł w odcinek drogi dla jeepów i niewielki kanion. Do najbliższego punktu z wodą mieliśmy około 20 kilometrów co powoli dawało nam obraz tego czym jest pustynia w stanie Nowy Meksyk. Tzw. wodna skrytka( ang. water cache)  umieszczona była na drodze dojazdowej do szlaku co oznaczało że co wiązało się z koniecznością pozostawienia oficjalnej drogi na rzecz drogi „życia” prowadzącej do wody. Pierwszego dnia spotkaliśmy 4 hikerów w tym jednego ze Szwecji, którzy byli wyznawcami zasady light and fast czyli "na lekko" stąd dosyć szybko zniknęli nam z oczu. Nocleg  spędziliśmy obok naszego najlepszego przyjaciela na szlaku czyli wodnego młyna, który zasilany energią słoneczną dostarczał nam śmierdzącej i nieciekawie wyglądającej wody, która po przefiltrowaniu okazywała się idealnym zaczynem dla naszej chińskiej zupki. Tego dnia pokonaliśmy 35 km w piekielnym skwarze i duchocie.

 

Kolejne 3 dni to wędrówka w  bardzo podobnym klimacie i otoczeniu. Góry widzimy głównie z daleka a szlak podążając za drogami dla jeppów konsekwentnie je omijał. Mnie (Grzesiek) do tego przydarzyła się awaria systemu nawadniania (mój „camelbak” zanotował dziurę - prawdopodobnie od jakiegoś kaktusa), co jednak szybko zostało naprawione za pomocą posiadanego sprzętu (klej i taśma). Do tego zaczęły pojawiać się nam odciski, które podczas wędrówki w grząskim terenie były czymś nieuniknionym. 

 

Trzeciego dnia w końcu zawitaliśmy w góry, które dosyć mocno dały nam w kość. W nagrodę na jednej z przełęczy czekała na nas szlakowa magia czyli zimna coca cola i inne napoje chłodzące. Ten wieczór mogliśmy więc zaliczyć do bardzo udanych z pietyzmem otwierając każdą puszkę czarnego napoju. 

Dzień przed zawitaniem do Lordsburga spory odcinek musieliśmy pokonywać na orientację wypatrując w oddali słabo widoczne oznaczenia szlaku. Z grubsza wyglądało to tak, że pomiędzy znakami naszą ścieżkę charakteryzował mocno „pijacki” zygzag po czym po dojściu do znaczka sytuacja nieco się stabilizowała. Jednym z wydarzeń które na pewno zapadnie nam w pamięć jest dojście do bardzo dobrej pompy wodnej która, tłoczyła spore ilości  czystej wody w której ze spokojem mogliśmy wziąć mały "prysznic" i zrobić pranie. Wszystko w strojach Adama no bo dookoła tylko pustynia i... krowy :)

 

Dnia piątego nad ranem dochodzimy do Lordsburga, gdzie zrobiliśmy małe zakupy i odwiedziliśmy bibliotekę. Tam już czekała na nas Jeri, która przechowała dla nas kilka rzeczy do naszego powrotu/przybycia. Po raz kolejny uraczyła nas swoją gościnnością i pomocą, podwożąc nas na pocztę i do biblioteki, w której nieco się zasiedzieliśmy. Około 18:00 wyszliśmy na szlak, szybko guciąc właściwą ścieżkę na rzecz drogi do nikąd. Ostatecznie skończyło się na skoku przez płot i marszu w stronę szlaku. Tego dnia wędrowaliśmy ok. 2 godzin po zmroku z czołówkami Vico Rc od polskiej firmy Macronic. Dzięki sile światła nawet do 730 lumenów, bez problemu byliśmy w stanie wypatrzyć znaki szlakowe w oddali. Około 22:00 ułożyliśmy się do snu z dziwną świadomością że chyba na kolejny dzień mamy za mało wody…

 

 

Tak w rzeczywistości  było. Do najbliższej studni z wodą mieliśmy do pokonania 15 km, a na tak długi odcinek 0,4 l....wody na dwóch to dosyć mało. Na szczęście mieliśmy jeszcze żele energetyczne od Ale i magnez w płynie. Na ostatnich nogach dotarliśmy do naszej oazy którą okazał się zbiornik z wodą. Niestety nie tylko my chcieliśmy z niego skorzystać ale także stadko krów krążące wokół zagrody. Szybko dogadaliśmy się z naszymi rogatymi koleżankami i na spokojnie mogliśmy delektować  się  czystą wodą prosto z "rury". W międzyczasie w amoku pragnienia wkroczyliśmy w wysokie partie pustyni osiągające nawet 2000 m n.p.m. Obok zagrody Maciek dokonał także udanej diagnozy przebitego materaca i skutecznie załatał dziurę. Jest to kolejne potwierdzenie na przysłowie zawarte w poprzednim wpisie o kolcach i kamieniu :)

 

Siódmego dnia zaliczamy dwa wysokie szczyty Jacksons i Burrow zaskakujące nas porywistym wiatrem i niską temperaturą. Maciek mówił, że będzie padał śnieg i wcale by nas to nie zdziwiło bo zimę było czuć w powietrzu. Za Lordsburgiem nie ma już skrytek wodnych, a w wodę zaopatrujemy się głównie w tzw. water tankach, będących poidłem dla krów. Taką wodę koniecznie musimy przefiltrować. Tego dnia napotkaliśmy także kolejną lodówkę z piwem i owocami, która została dostarczona przez jednego z Aniołów, którego mieliśmy okazję poznać dnia następnego w Silver City.

 

Samo dojście do Silver City to już jednak zupełnie inna historia Po wyjściu z terenów górzystych weszliśmy na drogę nr 180, którą wędrowaliśmy przez około 20 km. Prawdziwe piekło...temperatura, przejeżdżające samochody, brak wody wyssały z nas cała energię. Do miasteczka dotarliśmy słaniając się na nogach mając nadzieję na darmową wyżerkę zorganizowaną z okazji tzw. Dni Szlakowych, które okazały się marną imitacja tych z PCT i AT. Jedzenia brak a nocleg w mieście jedynie za opłatą, która na szczęście okazała się niewielka. Po przyjściu na pole namiotowe spotkaliśmy chyba największą liczbę hikerów CDT, ok 20 sztuk a wśród nich Czech, Belg, Niemka a także Koreańczyk „Gallant” którego poznaliśmy na PCT dwa lata temu no i my Polacy, prawdziwy mix narodowościowy :)

O tym co działo się w Silver City i na kolejnych milach w następnym wpisie za około 3 tyg. (szykuje się długi odcinek bez miasteczka). Czas oczekiwania długi jednak uwierzcie nam ze działo się sporo :)