Krakow - Crazy Cook (Nowy Meksyk)

Continental Divide Trail

newsimage

Naszą przygodę ze szlakiem Continental Divide Trail zaczynamy w Krakowie z którego wylatujemy w stronę kraju Wuja Sama. Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na lot sprawdzonymi liniami norweskich liniir, które choć niskobudżetowe gwarantują całkiem przyzwoity komfort lotu. No i cena oczywiście, która dosyć mocno konkuruje z przelotami naszego krajowego operatora LOTów, który niedawno uruchomił polaczenia do LA. Szybka przesiadka w Norwegii na dobrze nam już znanym lotnisku w Oslo, po czym wsiadamy, do Boeinga 787 lecącego prosto do słonecznego Los Angeles. Podróż minęła spokojnie bez turbulencji i przykrych niespodzianek podobne jak lądowanie na LAX International w Los Angeles.

 

Kontrola paszportowa i rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym tym razem dla obu z nas przebiegła bardzo pomyślnie i spokojnie. Próbowaliśmy przekonać urzędnika do dłuższego pobytu na wizie turystycznej, chcąc na spokojnie zmierzyć się ze szlakiem CDT, jednak nie było nam to dane. O prolongatę musimy ubiegać się w odpowiednim urzędzie. O wynikach tego zabiegu poinformujemy wkrótce.

 

Z lotniska, autobusem skierowaliśmy się w stronę dworca koleinowego Union Station gdzie o 22:00 mieliśmy pociąg do Lordsburga. Amerykański pociąg to dla nas całkowita nowość stąd z  entuzjazmem podchodziliśmy do tematu :) Sam skład to dobrze znany z amerykańskich filmów stalowy potwór o jednym piętrze. Bardzo milo zakończyła nas przestrzeń na nogi, która zbliżona była do  pierwszej klasy "polskiego" Pendolino. Do tego wysuwany podnóżek i już jesteśmy gotowi na 14 godzin jazdy do Nowego Meksyku. Po drodze zatrzymujemy się na dłuższa przerwę w Tucson, gdzie możemy rozprostować nogi i obejrzeć pomnik Wyatta Erpa i jego kolegi.

 

Około godziny 13:00 czasu lokalnego wysiadamy w Lordsburgu jako jedyni. Co ciekawe stacją w tym miasteczku jest niewielka budka z ławkami i szlaban, który w razie pogtrzeby blokuje przejazd nadjeżdząjącym samochodom. Zaraz po tym mieliśmy zrealizować nasz plan który zakładał szybki zakup butli z gazem, wysłanie paczek ze sprzętem i złapanie stopa na szlak. Jak się jednak możecie domyślać było zupełnie inaczej.

 

Po przejściu na druga stronę ulicy wchodzimy do sklepu, który w Polsce nazwać możemy "żelaznym", gdzie pytamy o butle z gazem do kuchenki turystycznej. Odpowiedź: Niestety nie mamy...jednak może sprawdzicie tam i tam...a może was tam podwiozę i tak po 5 minutowym pobycie w miasteczku, dzięki bardzo milej Pani o imieniu Jeri siedzieliśmy już w bagażniku pickup-a. Sprawdziliśmy wszędzie, jednak nigdzie nie było butli z gazem, której w żaden sposób nie mogliśmy zakupić wcześniej. Wtedy Jeri zaproponowała, że zawiezie nas do Silver City (około gadzina drogi) gdzie na pewno będa je mieli. Upewniła sie o tym u swojego kolegi i już byliśmy w podroży do Silver City. Podczas jazdy Jeri opowiedziała nam bardzo dużo o życiu na pustyni o tym jak sobie na niej radzić i jak odróżnić kamień o krzaka :) Z tym ostatnim związane jest lokalne porzekadło "Jeżeli cos na twojej drodze nie ma kolców to jest to kamień". O tym, że jest to prawda, przekonaliśmy się z Maćkiem na własnej skórze i naszym spręcie... Silver City to spora mieścina, w której mieliśmy być za około 9 dni szlakowej tułaczki. Zakupiliśmy butle i powrót, znowu godzinka. W Lordburgu wpadamy jeszcze na pocztę, wysyłamy sprzęt i szykujemy się na stopa w stronę szlaku. Wtedy Jeri szybko sprowadziła nas na ziemię. Była już 18:00 i w stronę szlaku raczej już nic nie złapiemy żadnego samochodu...Taka była konkluzja z jej  opiekuńczego wywodu. Co więcej jest to dosyt niebezpieczne w tej części USA ze względu na przemytników narkotykowych. Światło w tunelu pojawiło się kiedy przechodząc obok Motelu zaczepił nas chłopak z czapeczką organizacji Continental Divide Trail Coalition, który zaproponował podwózkę prosto na granice gdzie szlak CDT ma swój początek. Wszystko świetnie do momentu kiedy okazało się że taka przyjemność to "jedyne" 120 dolarów od osoby...WOW...ale rzeczywiście żeby tam wjechać potrzeba samochodu pokroju Monster Truck itp. Ostatecznie z odsieczą po raz kolejny przyszła nasza nowa koleżanka z Lordsburga Jeri, która zaproponowała nam podwózkę asfaltową drogą tak daleko jak to możliwe. Dla nas ekstra, jednak oznaczało to także dodatkowe 22 mile marszu...i 240 dolarów w kieszeni :) No tak ale co z noclegiem? Ostatecznie doszlismy do wniosku ze prześpimy się w Motelu, który za 50 dolarów oferował bardzo komfortowe pokoje, prysznic no i poranne śniadanie. Wieczorem przepakowaliśmy jeszcze plecaki od firmy Thule, napełniliśmy butelki z wodą i w spokoju mogliśmy "delektować" się doskwierającym nam Jet Lagiem w komfortowych warunkach :)

 

20 kwietnia o godzinne 7:00 już na nogach. Szybkie śniadanie i po około 15 minutach pojawia się Jeri. Wiemy że czasu mamy niewiele więc w pośpiechu ładujemy kalorie i ruszamy w stronę granicy z Meksykiem.

 

Po około 40 minutach docieramy do naszego miejsca przeznaczenia, którym było nic innego jak wątpliwa droga wjazdowa w głąb pustyni. Szybkie pożegnanie z naszym Aniołem i ruszamy w stronę granicy USA/Meksyk. Droga do monumentu startowego to wędrówka głównie drogą dla samochodów terenowych o znacznie podwyższonym zawieszeniu. Na ten dzień zabraliśmy ze sobą około 5 litrów wody, które miały nam starczyć na maksymalnie półtora dnia. Nie mieliśmy bowiem żadnych informacji na temat dostępnych na tej drodze źródeł wody pitnej itp. Po raz kolejny bardzo pomocne okazały się rady jakie dała nam Jeri. Kiedy widzicie wiatrak, duże drzewo lub dużo krów to dobry znak, tam musi być woda :) I tak po około 15 milach dotarliśmy do niewielkiego stawu, wokół którego gęsto było od much i krowiego łajna...No niestety ta woda mogła być naszym jedynym ratunkiem stąd bez namysłu nabraliśmy po 2 litry mulastej cieczy, gotowej do przefiltrowania. Po kolejnych 7 milach natrafiliśmy na znak: Crazy Cook 2.8 mili czyli około 4 kilometrów do naszego celu. Po lewej stronie zobaczyliśmy także wiatrak, który podziałał na nas dużo bardziej motywująco. Tam spędziliśmy pierwszą noc na pustyni, z wodą czerpaną z ogromnego zbiornika wodnego zasilanego panelem słonecznym.  Rozbicie obozowiska okazało się dosyć trudnym zadaniem ze względu na bardzo mocny wiatr który kilkukrotnie zwiewał nasz namiot w pobliskie kaktusy. Pierwszy dzień na pustyni zapamiętamy głownie ze względu na piekielne upały, surowy krajobraz (płasko jak stol a w oddali pisakowe góry i kamienie) a także spore problemy z wodą. Noc upłynęła spokojnie przy akompaniamencie wyjących  kojotów :) Pierwsze mile na szlaku CDT już w kolejnej relacji. Do usłyszenia !!!:)